bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.196.5.241
online:1

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część I

– Proszę, proszę tutaj, zająłem panienkom miejsce – głos był zbyt głośny i zbyt bezczelnie odcinający się od dopuszczalnego w pociągach szmeru rozmów. Sens zdania stawał się niezrozumiały wobec faktu wielu pustych miejsc, miejsc, których wcale nie trzeba było zajmować. Jakiś nienormalny, jakiś biedny człowiek.

Dwupiętrowy pociąg osobowy przyjechał właśnie z Wałbrzycha i zatrzymał się na peronie trzecim na dworcu głównym we Wrocławiu. Wśród pasażerów następowała niespieszna zamiana, jedni wysiadali, inni ładowali się. Nie „wsiadali”, a ładowali, ponieważ „ładowali” lepiej oddaje bydlęce skojarzenie rodzące się na widok tego typu wagonów.

„Panienki” zachichotały i poczęły się rozsiadać na „zajętych” specjalnie dla nich miejscach. Wypadałoby przytoczyć w tym momencie znany dowcip o dwóch wariatach. Otóż, usiadł wariat na torach kolejowych i siedzi. Przychodzi drugi, rozgląda się i mówi: ej, ty, posuń się, ja też chcę usiąść. To taki mały test: jak ktoś się teraz śmieje, to znaczy, że jeszcze nie zwariował.

– Szczęśliwej podróży, miłe panie i proszę na siebie uważać, rzeczy pilnować, tylu złodziei pęta się teraz po pociągach, do widzenia!

Młody pan niespiesznie opuszczał pociąg, mówił jeszcze do „panienek”, ale już go w tym mówieniu nie było, już trochę lękliwie, trochę nerwowo rozglądał się na boki, patrzył przed siebie – nikogo. Żadni nowi pasażerowie nie zechcieli wsiadać.

Zszedł już z górnego piętra i zamiast wysiąść, zatrzymał się w przedsionku przed drzwiami pociągu. Rozglądał się i przebierał nogami, najwyraźniej nie wiedząc, co począć. Nikt nie chciał wsiadać. Ruchu o tej porze dużego to nigdy nie ma. Co innego w piątek, tłok i zawsze znajdzie się ktoś skory do rozmowy. Pan oklapł i zwlókł się z pociągu na peron.

– Tutaj, proszę pani, tutaj! Proszę tutaj, tu z dzieciaczkami, tu zająłem dużo miejsca, zmieszczą się wszystkie! – począł w olśnieniu nawoływać do nadbiegającej opiekunki z grupą przedszkolaków. Opiekunka popędzała dzieci nakazując, by wchodziły i zajmowały miejsca. To jasne, że nie potrzebowała jego rad ani pomocy. Sytuacja stawała się coraz śmieszniejsza. On stał przy niej nie wykonując najmniejszego gestu, ona natomiast gestykulowała gęsto, łapała dzieci, wskazywała im kierunek ruchu, instruowała półsłówkami. On podnosił głos do granicy krzyku:

– Proszę, tutaj, dzieciaczki! Wsiadajcie i zajmujcie miejsca! Uważajcie na siebie! Proszę, tutaj wchodźcie – wydawało się, że nie zauważa obecności opiekunki, zdawało się, że jemu się wydaje, iż to on kieruje całą akcją ładowania przedszkolaków do wagonu i bierze, i ponosi – pobożnymi życzeniami – odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo. A wszystko, co należało, faktycznie robiła opiekunka.

– Niech pan już da spokój, niech pan tak nie krzyczy – powiedziała łagodnie z zawodową życzliwością w głosie, która wiąże się z zachowaniem zawodowej rezerwy. Profesjonalnej, jak by powiedzieli dzisiaj. Profesjonalna życzliwość, profesjonalna rezerwa. Czy jest pan profesjonalny w swoim byciu życzliwym? Czy jest pani profesjonalistką w zachowywaniu rezerwy? Doprowadzają język do absurdu. Na początku zawsze można się pośmiać z takich karkołomnych zestawień, ale już po chwili odechciewa się śmiać, kiedy człowiek zauważa, że żyje w świecie wypełnionym absurdalną treścią, którą zrodziły pozornie nieszkodliwe absurdalne zestawienia pojęć.

– Szerokiej drogi życzę i wszystkiego dobrego! – młody pan był dziś najwyraźniej w bardzo dobrym humorze, ludzkie ciepło wylewało się zeń i żaden ludzki chłód nie był w stanie go ściąć.

– Do widzenia, do widzenia – odpowiedziała opiekunka znikając za dzieciaczkami w wagonie.

Młody pan westchnął za nimi, uśmiechnął się i niespiesznie odszedł w kierunku wyjścia z peronu.

Ubrany był w prosty płaszcz koloru grafitowego, szare spodnie, czarne welurowe buty. Miał szare blond włosy ścięte na krótko, i szare oczy o miękkim spojrzeniu. Tak miękkim, że miało się wrażenie, kiedy patrzył na cokolwiek, że to cokolwiek odciska w tych oczach swój ślad. Że te oczy, i co za tym idzie cała twarz, to taka zaśnieżona droga, a wszystko, na co patrzą i co widzą, to takie buty, butki i buciory, które na tej drodze pozostawiają brudne ślady.

Ja już go gdzieś widziałam. Tłum ludzi, w tym tłumie go widziałam... Może w cyrku Arlekin, wtedy, kiedy przyjechał do nas na cały tydzień, kiedy codziennie tam byłam, ach, zapoznałam się z setkami ludzkich twarzy. Pamiętam jego uśmiech, którego teraz już w ogóle nie ma. Nie, to nie było w cyrku, bo on roześmiany nie siedział a szedł. Jakiś marsz na ulicy. Tak! To była manifestacja upośledzonych z okazji Ogólnopolskiego Święta Niepełnosprawnych. To znaczy, że on... nie, no on to chyba nie jest nienormalny, wygląda przecież tak ładnie, taki myślący ma wygląd. No, ale to może być tym, no tym autystykiem, tak trochę. Bo można powiedzieć, że kontakt z rzeczywistością ma osłabiony. Ale nie, to niemożliwe. Taki ładny, myślący, młody facet i nienormalny?! Na pewno był krewnym albo opiekunem, albo tym, ich tam, takich młodych to najwięcej, tym, co się solidaryzował. Ale wtedy skąd ten myślący wygląd, skoro on się solidaryzuje?

Szedł w kierunku zejścia z peronu. Dwa razy obejrzał się za siebie. Potem spuścił głowę i szedł. Zszedł schodami w dół. Na dole przy schodach grał na harmonijce jeden człowiek. Miał przed sobą pięknie rozłożoną czapeczkę i do tej czapeczki zbierał bilonik. Podróżny zauważył go, ale nic mu nie dał. Szedł w kierunku wyjścia z dworca. Minął babcię z bukiecikami kwiatuszków, które bardzo polubił i spracowanej babci współczuł, ale nie kupił ani jednego. Przy wejściu do holu głównego napatoczył się na niego brudny, zasikany, obdarty, niestary pan. Chciał pięćdziesiąt groszy na jeść albo papierosa. Przeprosił i nie dał mu nic. Dwa kroki dalej zagrodził mu drogę „narciarz”: młoda, ładna dziewczyna chwiejnie trzymająca pion, z gałkami ocznymi przekręconymi o sto osiemdziesiąt stopni. Chciała na jeść. Nie dał. Wyciągnął portfel i zaczął w nim przebierać i liczyć. Wybrał złoty dwadzieścia, raptownie skręcając w stronę punktu Toto Lotka. Podeszła do niego młoda, zadbana dziewczyna, trzeźwa i w ogóle wszystko z nią, zdaje się, było w porządku i poprosiła o pieniądze, bo brakuje jej do biletu. Spojrzał na nią, a potem powiedział do panienki za szybką:

– Jeden duży lotek, chybił trafił, poproszę.

Dziewczyna, która prosiła o wsparcie, przeklęła pod nosem. On już nie pamiętał, który to był raz, który to raz ktoś, komu nic złego nie zrobił, z kim współodczuwał, kim się przejmował, który to raz ktoś taki obdarzył go przekleństwem. Nic dziwnego, że miał takie popieprzone życie. Był przeklęty. Nie, nie można nawet powiedzieć, że był przeklęty, był notorycznie p r z e k l i n a n y.

Opuścił dworzec i udał się w kierunku Rynku.

To pan B., lat dwadzieścia siedem, niekarany. Jeszcze.

Najpierw byłem nielegalnym bezrobotnym, obecnie jestem nielegalnie pracującym. Nie, nie, to nie o to chodzi, że na czarno. Moja Praca nie ma nic wspólnego z pracą na czarno, jest jak najbardziej zgodna z prawem, ale nie jest legalna, zalegalizowana, prawomocna. Ponieważ nie liczy się jako Praca. Dostaję za nią marne pieniądze, robię jako taką robotę, ale w urzędowych statystykach i taksonomiach nie liczy się ona jako „Praca” i nie przysługują mi z tego tytułu, z tytułu tego mojego zajęcia, które ja nazwałbym Pracą, a które urzędy nazywają „inne”, nie przysługują mi żadne prawa, jakie pracującemu obywatelowi przysługują. Nie przysługują mi również prawa jako bezrobotnemu. Ponieważ tym razem, z punktu widzenia braku Pracy, uznaje się jednak, że mam Pracę, ponieważ mam dochody. A mój miesięczny dochód jest mniej pewny i niższy niż zapomoga finansowa rozdawana niepracującym. A jak mam dochody, to znaczy, że mam Pracę. A jak mam Pracę, to znaczy, że mam pracodawcę. A jak mam pracodawcę, to znaczy, że mam opiekuna – zobligowanego do tej opieki przez nasze praworządne państwo. A jak już mam tego opiekuna, to znaczy, że on troszczy się o moje zdrowie i spokojną starość. Ha! A wcale, że nie, srutututu majtki z drutu! Wcale, że nie musi tak być, ale nasza władza wykonawcza nie przyjmuje do wiadomości istnienia tej innej możliwości. Hm, to jest istnienie „innej” przyjmują, ale nie wiąże się z tym przyjęciem żadna wiedza, żadna konsekwencja, żadna chęć współpracy. A w końcu urzędnicy to przecież służba społeczna. Funkcjonariusze wynajęci przez społeczeństwo na określony czas w celu służenia mu i usługiwania. A więc wsłuchiwania się w niepokoje i potrzeby każdego, KAŻDEGO powiadam (a nie najsilniejszych lub najliczniejszych), obywatela i dostosowywanie swoich USŁUG do tychże potrzeb. Jeśli trzeba, to wprowadzanie innowacji w zakresie swojego usługiwania. A tu nie. Obywatel musi zmieścić się w gotowym schemacie, bo naszym przemądrzałym politykom wydaje się, że przewidzieli wszystkie możliwości. A tu nie. Nie przewidzieli. No, albo nie chcieli przewidzieć. A najpewniej – nie chciało im się lub nie byli w stanie. I urzędnicy posiadają taką wspaniałą czarodziejską skrzyneczkę na wszystkie te niespotykane, ale z jakąż regularnością niespotykane, przypadki obywatelskich sytuacji. Jeśli jakiś obywatel nie pasuje ani do punktu A, ani do punktu B, to wspaniałomyślni (taka jest nasza pierwsza myśli – wspaniałomyślni – a więc i o mnie tam na górze pomyśleli, a więc i moja problematyczna sytuacja nie jest im obca) urzędnicy stworzyli dla nich punkt C. Chwila radości. Ale zaraz okazuje się, że do punktu C jest zwalane wszystko to, z czym urzędnicy nic nie zrobią, tylko zostawią to swojemu losowi, wiatrowi, porom roku, Boskiej Opatrzności. Nie wiem. Nie wiem, jakie są ich intencje. Skoro oni nic nie mogą zrobić, to kto może. Ja? Szary obywatel? Przecież ja nic nie mogę, bo każdy mój ruch jest albo niedozwolony, albo nieuznawany właśnie przez tych urzędników. Bez ich zgody nie ma mnie. Przecież tak właśnie jest.

Mieszkam we Wrocławiu. Pracuję w małej miejscowości za Wałbrzychem jako instruktor teatralny. Jadę tam zazwyczaj raz w tygodniu. Moja droga w jedną stronę, od wyjścia z domu do wejścia do Pracy, trwa trzy i pół godziny. W jedną stronę. Pracuję niecałe cztery godziny, bo spieszę się na pociąg powrotny. Wracam. Znowu trzy i pół godziny. Otrzymuję za godzinę pracy dziewiętnaście złotych brutto. Liczą mi za pełne cztery godziny, czyli siedemdziesiąt sześć złotych tygodniowo. Minus dwadzieścia procent podatku. Czyli minus piętnaście dwadzieścia. Zostaje sześćdziesiąt złotych i osiemdziesiąt groszy. Minus koszty przejazdów, średnio cirka ebaut dwadzieścia pięć złotych w jedną i drugą stronę. Zostaje mi czystego zysku... hi,hi, jak zabawnie to brzmi: „czysty zysk”!... przecież to najczystszy NIEzysk... ha, ha, ha... No dobrze. A zatem zostaje mi „na rękę” trzydzieści pięć złotych tygodniowo, czyli sto czterdzieści złotych miesięcznie. Siedemdziesiąt bochenków chleba. Nie lada bogactwo. Ale przecież nie samym chlebem człowiek żyje.

Żyje również Pracą.

Której BRAK.

menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl