bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.196.5.241
online:1

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część II

Z moich szesnastu przepracowanych godzin (zamiast wspaniałych stu siedemdziesięciu sześciu!), moich drogocennych godzin Pracy, moich jedynych chlebodawczyń, moich jedynych pomocnic, bo tylko one mogą mi pomóc, skoro państwo się na mnie wypięło i do żadnych bezpłatnych usług nie mam prawa, a zatem z moich szesnastu drogocennych godzin pracy, trzy godziny i dwanaście minut pracuję na państwo. Trzy godziny i dwanaście minut. Na godzin szesnaście. I co z tego mam, że na to państwo pracuję? Nic. Obecnie kompletnie nic. I przez te trzy godziny dwanaście w miesiącu ja nic nie robię. Bo mnie się na to państwo robić nie chce.

Niektórzy się oburzą: no jak to? Masz prawo do korzystania z ulicy, z trawnika. To za to płacisz. Jakiej ulicy, jakiego trawnika? Na naszym osiedlu nikt nie dba o trawniki ani o stan nawierzchni jezdni, jest ona dziurawa, niezrobiona, odwalona, jest ona pozostawiona na pastwę żywiołów tylko dlatego, że na naszej ulicy "nie mieszka nikt ważny". Nikogo nie obchodzi to, że jej mieszkańcy płacą od lat słone podatki. Biorą kasę i każą się całować w tyłek.

Oj, nie myśl tylko o sobie. Przecież płacisz na tych wszystkich rencistów i emerytów. Ha, ha, ha... tak? A dlaczego mam płacić na emerytury innych, skoro ja do emerytury nie mam prawa i jako emeryt in spe dla państwa w ogóle nie istnieję. Toż ja bym chciał, skoro już wiem, że żadnej emerytury mi dawać nie będą, sam sobie odkładać. Ale z czego? Państwo, to wielce szanowne państwo, ten abstrakcyjny twór, który tak pieczołowicie pielęgnują ci na górze, ci, którzy są bezpośrednio przy korytku, wmawiając innym, by oddawali swoje najlepsze do wspólnego korytka, a korytko nigdy ich nie zawiedzie, a ci, których jest najwięcej i nie są bezpośrednio przy korytku nic z niego nie mają, choć się dokładają, a zatem takie państwo, podzielone na tuczniki i zejściowce, nie pozwala mi na odkładanie sobie moich pieniędzy! A ja muszę odkładać, bo ja jestem takim właśnie zejściowcem! Chcę być normalną zdrową świnią i sobie móc odłożyć!

Nie, no z tymi emeryturami to jest jeszcze głębsza sprawa. Nasze państwo podobno miało prowadzić politykę prorodzinną. Z tej polityki taki efekt, że została zachwiana równowaga pomiędzy ilością emerytowanych i rencistów, których reszta społeczeństwa powinna utrzymać, a tą resztą - "produkującą", czyli pracującą i mnożącą się. A żeby być takim stabilnym ośrodkiem produkcji, to najlepiej zostać rodziną. A u nas ciężko założyć rodzinę, czyli robić to, co jest podstawą każdego społeczeństwa, bez czego społeczeństwo wymrze. Powoli, ale jednak. Czy my chcemy, żeby nasz naród za sto, dwieście lat nie istniał? Przecież podstawowym celem i kierunkiem działania, takim fundamentem, na którym buduje się dopiero inne rzeczy, podstawowym celem każdego społeczeństwa jest to, żeby podtrzymywać przy życiu samego siebie, czyli: mnożyć się. Nie wynaleziono na to innego skuteczniejszego sposobu od kilku tysięcy lat. Tymczasem my się zabijamy, bo nie walcząc z umieraniem poprzez ciągłe rodzenie, dajemy przewagę temu umieraniu, i nie widzimy tego albo udajemy, że nie widzimy, albo nie chcemy, bo generalnie jako pewna społeczność jesteśmy bardzo leniwi i ospali. I to nie ma co zwalać winy na polityków w rządzie i parlamencie, bo jak mówi przysłowie: jacy politycy, taki naród. Sami żeśmy sobie ich wybrali.

Płacisz na policję, która cię chroni, chroni twoje mienie. A po co ja mam na taką policję płacić, skoro ja nie mam nic i jestem nikim? Po co - ja się pytam, bo tylko tyle ze mnie zostało... same pytania. Niech mi inni kradną - te pytania, może wtedy w końcu zrobi się lepiej.

Płacisz na tych wszystkich urzędników, którzy łaskawie cię obsługują. A po co ja mam na nich płacić, skoro przy każdej takiej obsłudze, przy byle gównianym świstku trzeba i tak znaczków skarbowych na kilkadziesiąt złotych nakupować? I jak tu się nie wściec? O na przykład teraz trzeba dowód wymienić i prawo jazdy. Kto tego nie zrobi, to go ukarzą. Dowód kosztuje trzydzieści złotych, a prawko siedemdziesiąt. Dwie gówniane plastikowe plakietki sto złotych! Banda złodziei! Nikt mi nie wmówi, że sto złotych to jest koszt dwóch plastikowych plakietek. Gdzie idą te pieniądze? I jest to jeszcze obowiązkowe: każdy obywatel musi zapłacić za nowy dowód, bo oni tak sobie wymyślili, tak sobie ustalili nie pytając się nas, mieszkańców tego kraju o zdanie. A jak komuś się nie podoba, że za prawko trzeba zapłacić siedemdziesiąt złotych, to niech sobie nie wymienia, jak mu się to nie podoba, to niech nie robi. Prawo jazdy nie jest dokumentem "pierwszej potrzeby". I co? I my mamy się cieszyć, że mamy taką możliwość - że NIE MUSIMY wymieniać prawa jazdy, taką wolnością obdarza nas nasze kochające państwo, za to należy mu się chwała i cześć! He, he, a przecież tak naprawdę stwarza nam tylko pozory wolności, bo ja chciałbym mieć nowe prawko, bo co prawda nie mam samochodu i pewnie nigdy nie będę go miał, ale prawo jazdy przydaje się w Pracy, no i w poszukiwaniu Pracy, kiedy mogę je wpisać do civi jako mój dodatkowy atut. Ale "moje" państwo nie jest dla mnie. Ono tylko ode mnie wymaga i żąda, nie dba o to, by odwzajemnić się spełnianiem moich potrzeb.

Za szukanie pracy też trzeba płacić. I skąd te pieniądze brać? Ja już ich dawno nie mam. I w związku z tym przestałem chodzić po urzędach. Po tych "bezpłatnych" urzędach. Bo mnie na tę pomoc nie stać. Skoro nie korzystam z ich usług, a już na pewno darmowo nie korzystam, to jakim prawem zabierają mi z mojej żałośnie małej pensyjki pewną niemałą część na ich utrzymanie?

Płacisz też na służbę zdrowia, jak coś ci się stanie to nie zostawią cię tak, zaopiekują się! Ha, ha, ha, to mi dopiero opieka, to mi dopiero bezpłatna służba!

Na początku swojego nielegalnego bezrobocia... Chwilunia, chyba musze wyjaśnić: nielegalne, a właściwie niezalegalizowane, to jest takie, które nie jest zarejestrowane. Jeśli nie jest zarejestrowane, to znaczy, że w rozumieniu państwa, w statystykach, wcale nie jestem bezrobotnym. Jeśli nie jestem legalnym bezrobotnym, to oczywiście nie mam prawa do zasiłku (i dobrze, bo ja go wcale nie chcę mieć; ja chcę mieć prawo do Pracy, chcę by nasz rząd, ta reprezentacja naszego narodu, się nie ociągał, nie lenił, tylko w końcu przeraził i zapewnił każdemu możliwość zrealizowania jego prawa do Pracy!), a co gorsza nie mam prawa do ubezpieczenia zdrowotnego, nie mam prawa do korzystania z bezpłatnej opieki zdrowotnej. W momencie zalegalizowania swojego bezrobocia, czyli de facto zdecydowania się na uprawomocnione nieróbstwo, chociaż to bym miał: w razie choroby - darmowego lekarza. Tego darmowego lekarza dla bezrobotnych wymyślili chyba tylko dlatego, że grabarze są drożsi, no a na ulicach musi być czysto, bo inni Państwo sobie nie życzą. Nie życzą sobie, bo przecież ciężko pracują i płacą podatki, hi, hi. A ja też płacę i sobie życzę. Życzę sobie, że jeśli w naszym domu, w naszej ojczyźnie, jest brudno, jest bałagan, to żeby tego przed nami nie ukrywać. Żebyśmy my, mieszkańcy tego domu, obywatele, WSZYSCY (a nie tylko najbiedniejsi) wiedzieli, co należy naprawić i gdzie posprzątać. Wtedy, z taką wiedzą, możemy zastanowić się, kto godnie i słusznie będzie nas reprezentował jako nasz rząd.

A zatem na początku mojego niezalegalizowanego bycia bezrobotnym bardzo się bałem tego, że nie jestem ubezpieczony. To był mój pierwszy raz. To był mój pierwszy raz w życiu, kiedy nie miałem, a właściwie - przestałem mieć prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej. Najczarniejsze wizje przychodziły mi do głowy. Zaczynało się od niedoleczonej domowymi sposobami grypy, a kończyło na wypadkach samochodowych z wielokrotnymi złamaniami. Bo najgorsze w tym wszystkim nie były potencjalne choroby, takie jak przeziębienia, które zresztą często miewam, ale rzadko chodzę z nimi do lekarza, gdyż lekarze zbyt lekką ręką wciskają na wszystko antybiotyki, mało skuteczne w moim przypadku. Najgorszy był nagły wypadek i - wcale nie najgorszy w tym nagłym wypadku potencjalny koszt szpitala - najgorsze w tym nagłym wypadku było poczucie, że ja do korzystania ze szpitala nie mam prawa (bo nie jestem ubezpieczony i nie mam pieniędzy). A dla mnie prawo jest ważne, ważne jest dla mnie, by w swoim życiu postępować w zgodzie z nim. Myślę, że jest to ważne dla każdego człowieka. By postępować w zgodzie z prawem. Bo człowiek lubi żyć w zgodzie, jest to bardzo przyjemne, nawet jeśli sobie tego nie uświadamia. Narażanie człowieka na postępowanie niezgodne z prawem jest targnięciem się na fundamenty jego obecnej i potencjalnej szczęśliwości, jest bezpośrednim zagrożeniem, ba, właściwie odbieraniem mu jego prawa do szczęścia. Nie ma człowieka, który chciałby być szczęśliwy kosztem nieszczęścia innych, wiedząc tak naprawdę i dogłębnie, czym jest ludzkie, a więc i jego, szczęście. Chociaż taki, który chciałby, może by się i znalazł. Natomiast taki, który mógłby - NIE.

I ja do tego szpitala chciałem i chcę mieć prawo. Ale mnie na to nie stać. Od czasu do czasu, ponieważ męczy mnie to, przychodzi mi jednak do głowy myśl, by spróbować. Na początku mojego ni to bezrobocia, ni to robocia, czyli pracy na umowę o dzieło, miałem więcej godzin do przepracowania oraz jeszcze więcej nadziei na jeszcze więcej godzin, a więc i większe zarobki. Ale, ale, w końcu pojawiła się ta forma zatrudnienia, która zatruwa mi życie. Umowa o dzieło. Umowa o dzieło zniszczenia. Umowa o dzieło zdegradowania. Umowa o dzieło wykończenia. Mnie nikt nie chce zatrudnić na żadnych innych warunkach.

Żaden pracodawca - bo go na to nie stać. Umowa o dzieło jest nadużywaną przez pracodawców formą zatrudnienia, gdyż jest najtańsza. Od umowy o dzieło nie odprowadza się składek emerytalnych ani zdrowotnych. Tyle, ile daje się pracownikowi, tyle faktycznie kosztuje to pracodawcę. Bo na umowę o pracę kosztuje dwa razy więcej. Tyle, ile pracodawca daje pracownikowi, tyle musi dać też zusowi. Jest niewielu pracodawców, których na to stać. Oczywiście konsekwencje takiego ułożenia sprawy najboleśniej dotykają pracowników - ludzi, którzy tworzą nasz kraj. Mnie godzą się zatrudnić na umowę o dzieło i ja się godzę, gdyż muszę z czegoś żyć. Pracując na umowę o dzieło jestem pozbawiony emerytury i tym podobnych świadczeń, które powinny czekać mnie w przyszłości, oraz możliwości korzystania z darmowych usług służby zdrowia, chociaż chyba i na nią idzie podatek, który płacę (bo o ile pamiętam służba zdrowia jest dofinansowywana z budżetu, a ja do tego budżetu się dorzucam!). W ten sposób jestem w gorszej sytuacji niż zarejestrowany bezrobotny - on pobiera stały zasiłek (do którego i ja się za pośrednictwem budżetu dorzucam), większy niż moje miesięczne dochody, nic nie robi, odpoczywa sobie cały miesiąc, ma poczucie stabilizacji i ma to, co jest bardzo drogie - ubezpieczenie. Liczy mu się staż pracy, a mnie, chociaż pracuję, staż pracy się nie liczy, tak jakbym nic nie robił, kiedy rezygnuję z legalnego bezrobocia i decyduję się na pracę na umowę o dzieło. To właśnie nazywam nielegalnym ni to bezrobociem, ni to robociem. Nie jestem ani bezrobotnym, ani pracującym. Moja Praca jest nieuznawana, choć legalna. Moje bezrobocie jest nieuznawane, choć jest faktyczne.

Na początku miałem jazdę trzy razy w tygodniu. Trzy razy w tygodniu prowadziłem zajęcia, więc zarabiałem trzy razy więcej. No i pomyślałem sobie, że może spełnię swoje małe marzenie, które da mi komfort poczucia bezpieczeństwa. Ubezpieczę się prywatnie, poza pracodawcą. Poszedłem do lokalnej Kasy Chorych i przedstawiłem mój pomysł panu za biurkiem. On zawołał kierowniczkę. Kierowniczka smutnym, zdawałoby się zatroskanym, głosem oznajmiła, że owszem, jest taka możliwość, ubezpieczenie zdrowotne kosztuje prawie dwieście złotych miesięcznie, ale ponieważ ostatnio byłem ubezpieczony ponad trzy miesiące temu, to muszę zapłacić jeszcze jednorazowo czterysta złotych. Wpisowego. Gdybym był zechciał przyjść wcześniej, przed upływem trzech miesięcy, to bym nie musiał. Ale ja musiałem przez te trzy miesiące uzbierać te dwie stówy, kobieto! Łzy stanęły mi w oczach, poczułem się jak łajno, które zaszło za daleko i ocknęło się na pańskich pokojach. Drżącym głosem, takim na granicy płaczu, zapytałem, czy nie ma jakiejś możliwości umorzenia tej wstępnej jednorazowej opłaty, na którą nigdy nie będzie mnie stać. I która jest druzgocącą mnie fanaberią jakiś urzędasów. Kierowniczka powiedziała, że właściwie nie, ale mogę spróbować napisać odwołanie do Zarządu Kasy, ale z tego, co wie, rozpatrują takie wnioski negatywnie. Ale mogę spróbować. A w dupie. Poszedłem do domu, gdzie ostatecznie wypiąłem się na naszą Kasę. Co? Ja mam płacić dwie stówy, a za pierwszym razem sześć, po to, żeby i tak nie móc skorzystać z usług, dajmy na to, stomatologicznych? Bo u nas na Kasę można leczyć tylko cztery przednie zęby, ta reszta, co się psuje, to prywatnie, albo do wyrwania, ale to i tak za dodatkową opłatą. I tak jest z wieloma medycznymi usługami. Niby masz tę "darmową" opiekę, ale za pomoc w wielu dziedzinach musisz dodatkowo płacić, dodatkowo, bo przecież "darmowa" to jest ta słono opłacana w comiesięcznych składkach.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl