bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.221.136.62
online:3

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część III

A co tam nam za kit wciskają, że nie ma pracy. Gdzie nie ma? Jak to nie ma? To dlaczego większość moich znajomych, którym akurat poszczęściło się i mają pracę, dlaczego pracują, ba, harują od rana do nocy, nie na jeden a na półtora, a nawet dwa etaty, a pracodawca płaci im za jeden? I co? To znaczy, że nie ma pracy? Nie! To znaczy, że ona jest, ale jest nierówno podzielona. To znaczy, że nad ludźmi panuje chęć jak największego zysku, byle się nachapać. I do czego to prowadzi? Do nieba? O nie, do nieba to to na pewno nie doprowadzi. A przecież o to w gruncie rzeczy nam wszystkim chodzi - o niebo, tylko niektórzy z nas mają o nim jakieś chore wyobrażenie. Do nieba idą ci, którzy są sprawiedliwi, którzy umieją się podzielić. I ja, człowiek bez Pracy, nie chcę, żebyście wy, ludzie z Pracą, dawali mi ochłapy z waszego stołu - w formie zasiłków, zapomóg. Chcę żebyście podzielili się ze mną i innymi w mojej sytuacji tym, co najcenniejsze - Pracą. Nie chcę partycypować w zyskach, które są waszymi, przez was wypracowanymi zyskami, nie chcę ich z pozycji żebraka, bo to ubliża mojej ludzkiej godności. Chcę sam zapracować na siebie. Wspominam o godności, bo to kolejna fundamentalna kwestia. Społeczeństwo oprócz tego, że ma się rozmnażać, żeby w ogóle mogło zaistnieć, to musi jeszcze rodzić ludzi, a nie hieny. Hieny rozszarpią społeczeństwo od wewnątrz, a istoty z godnością przyczynią się do jego rozwoju. A kto się nie rozwija, ten się cofa.

Myślę, że jeśli wy, ludzie z Pracą, nie podzielicie się z nami, ludźmi bez Pracy, Pracą, będziecie po części odpowiedzialni za naszą śmierć i nasze życie, które jest powolnym rozkładem. Bo brak Pracy, to nie jest tylko brak Pracy, to jest powolny ubytek powietrza, to jest zacieśnianie się więzów wokół szyi, to jest uwiąd fizyczny organizmu z braku podstawowych witamin i związków mineralnych, to są takie stany psychiczne, o których wam, "królom życia", się nie śniło, brak Pracy to jest próchniejący fundament, na którym zostałeś zbudowany. To nie są żarty. Życie to nie gra, to wszystko dzieje się i poraża realnością. Więc jeśli ktoś - proszę rozważyć to w najgłębszym wnętrzu własnego sumienia: tam, gdzie wszyscy jesteśmy dobrzy, gdzie wszyscy chcemy być dobrzy - ma możliwość, może się postarać o stworzenie kolejnych miejsc pracy, niech to robi. Jeśli ustawy temu nie sprzyjają, to niech je zmienia. Jeśli pracownicy się burzą, to niech im wyjaśni, że w normalnym kraju każdy, kto ma etat pracuje czterdzieści godzin, bo inaczej praca traci na jakości, a normalni ludzie nie pracują tylko dla kasy, ale i dla dobrze wykonanej Pracy. Kto ma to zrobić jak nie on, nie ten, który coś ma i jeśli zechce, to może to rozmnożyć i się tym podzielić? No kto? Nikt inny.

***

Ja nie wiedziałam. Chciałam dobrze. Chciałam mieć pracę, chciałam być szczęśliwa. A żeby mieć szczęśliwe życie, to trzeba je sobie ułatwić, uprzyjemnić, umożliwić, że tak powiem. Bardzo podobało mi się to, że nie będę musiała faszerować się pigułkami i niszczyć sobie organizmu, tyle się przecież mówi o szkodliwości pigułek. Bardzo podobało mi się to, że mężczyźni nie będę bali się ze mną kochać i że ja w końcu przestanę się bać, że zniknie ten idiotyczny i znienawidzony lęk przed ciążą. Przez ten lęk przed ciążą to ja już czasami dostawałam na łeb, odwalało mi i na nic nie miałam ochoty, nic mi się nie chciało, kochać też. Niejednego wspaniałego kochanka straciłam przez to odechciewanie się, cholera, pies go trącał. To była wspaniała perspektywa. Nie dość, że dostanę stałą pracę, to jeszcze znikną moje najczęstsze lęki - przed niechcianym, niepotrzebnym nikomu bachorkiem. No właśnie, ten pomysł pojawił się wtedy, kiedy zaproponowano mi pracę, stałą pracę, na etat, ja ją tak bardzo chciałam mieć! Zapytano się na pierwszej rozmowie, czy nie jestem w ciąży lub czy nie planuję może założenia rodziny. Pot zimny mnie zalał, bo tak naprawdę nie mogłam być przecież w stu procentach pewna, że nie jestem w ciąży, zawsze jakie licho mogło się przyplątać. "Nie, nie jestem, nie planuję, oczywiście, że nie planuję" - powiedziałam szczerze, choć niepewna, czy aby faktycznie zgodnie z prawdą. Zawstydziłam się i żeby upewnić mojego, jak wierzyłam, szefa, a także, aby siebie samą upewnić powiedziałam jeszcze: "Przyniosę zaświadczenie". "Ooo" - uśmiechnął się po raz pierwszy mój przyszły szef -"bardzo nam będzie przyjemnie, jeśli zechce pani przedstawić dokumenty dające nam stuprocentową gwarancję odnośnie pani sytuacji życiowej; nie ukrywam, że takie kandydatki - poważnie traktujące swoją Pracę - są u nas bardzo mile widziane". Ucieszyłam się jak cholera, ja już miałam tę Pracę! Zostało tylko doniesienie świstka. Poszłam do lekarza, ale on mógł wypisać tylko zaświadczenie, że dzisiaj nie jestem w ciąży. Zdenerwowałam się. Zaczęłam na niego krzyczeć, że co on mi za gówno daje, że mi takie zaświadczenie nie wystarczy, że ja jestem poważnym człowiekiem, że jestem poważną kandydatką i ja muszę mieć poważne zaświadczenie o tym, że w ogóle nie jestem w ciąży, że nigdy nie będę. On był najpierw spokojny i próbował mnie uspokoić, potem też się wkurzył, widziałam, szlag go trafił i krzyknął: "Jak pani taka mądra, to niech się pani wysterylizuje!". I wtedy mnie olśniło. Ucałowałam doktora, który miał strasznie głupią minę, jak to mężczyźni, oni nigdy nic nie rozumieją i poprosiłam o operację. Oczywiście nie chciał się zgodzić, krzyczał, wyzywał, kazał przemyśleć. Ja nie musiałam przemyśliwać, ja już wiedziałam, że to jest to, czego szukałam po omacku, to optymalne rozwiązanie, jak mi się zdawało, kwestii mojego życiowego szczęścia. Ten lekarz nie chciał zrobić mi operacji, mówił, że to niezgodne z prawem. Ale w niedługim czasie, ach!, pragnienie szczęścia naprawdę uskrzydla, znalazłam takiego, który był gotów. Pożyczyłam kasę od tatusia i już niedługo mogłam zanieść do mojej nowej pracy zaświadczenie o wykonanym zabiegu sterylizacji. Tak zostałam funkcjonariuszem Służb Porządkowych.

***

Pan B. niespiesznie zmierzał w stronę Rynku. Ludzie wokół pracowali, albo pędzili do Pracy, albo czekali na Pracę jak na epifanię - z wyciągniętymi w błagalnym geście rękami, z instrumentami, z kwiatami, ze śpiewem na ustach, szepcąc modlitwy, przebierając różańcem. W Rynku podszedł do drugiego takiego jak on młodego pana, przywitali się, widać znajomi. Drugi ubrany był staranniej, jak pracownik biura, w garnitur, lekko niemodny, bez krawata. Miał ze sobą duży bęben, drewniany flet, wiklinowy koszyk i zwinięty w rulon jakiś afisz. Poszli pod pomnik Fredry, tam usiedli, na pomniku rozkleili afisz, przed sobą postawili koszyk, pan B. wziął bęben między nogi, z plecaka, pamiętającego jeszcze harcerskie czasy, wyciągnął dwa plastikowe flety i położył obok koszyczka, "to tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś chciał do nas dołączyć", rzekł do znajomego, a wtedy jego znajomy przyłożył swój drewniany flet do ust i zaczęli grać. Ładnie, transowo, dżezowo. Tubalne dudnienie bębna wypełniło cały Rynek, nawet tę część za Ratuszem. Melodia nadawana fletem koiła zmęczone nogi przechodniów. Słuchać i czuć zaczęli wszyscy, na całym Rynku. I o to chodziło. Na afiszu było napisane: "Uwaga! Akcja charytatywna! Do tego koszyczka dają ci, którzy mają, chcą, mogą dać. Z tego koszyczka biorą ci, którzy nie mają, chcą, muszą brać. Z góry dziękujemy wszystkim za owocną współpracę!". I tak grali, i tak przez dłuższy czas nic się nie działo. Ludzie w większości nie zwracali na nich uwagi. We Wrocławiu dużo jest takich wariatów, którzy nie mają (nic do) Roboty i wrocławianie przyzwyczaili się już, że co poniektórzy z tych wariatów wylegają na Rynek wystawiając się na widok publiczny. Ci, którzy jednak zwrócili ku nim swoje łaskawe spojrzenie, a i sięgnęli do kieszeni, to obywatelstwo peryferyjne: turyści, przede wszystkim niemieccy, żule, emeryci, renciści i rumuńskie dzieci. Kilka grupek niemieckich turystów, mimo nierozumienia napisu na afiszu, szybko zreflektowało się o co chodzi ujrzawszy nieśmiertelny, królujący ostatnio, acz pokątnie, ale jednak królujący na naszych ulicach koszyczek, u stóp samego hrabiego Aleksandra Fredry, i pozostawiło w koszyczku kilka, a może kilkanaście euro. Jeden pijaczek zagadywał, że on im chętnie coś da, bo tak ładnie grają, a muzyka, proszę ja was, to piękna sprawa, nie?, ale nie wie, czy ma, długo i niezgrabnie grzebał w kieszeni obdartych spodni próbując jednocześnie złapać balans na chwiejących się nogach, aż wreszcie wyłowił kilka monet, jego szaro-fioletową twarz rozanielił uśmiech i pokazał im na rozłożonej dłoni pięćdziesiąt kilka groszy. Nie chcieli przyjąć, ale on nie chciał nawet o tym słyszeć, pod groźbą mordobicia podziękowali zatem pięknie i grali dalej. Podeszła do nich też jedna pani w średnim wieku, biednie ubrana, o starej, schorowanej, zatroskanej twarzy. Przeczytała uważnie i ze łzami w oczach zaczęła się gęsto tłumaczyć, dlaczego nie da, dlaczego nie ma, choć powinna przecież mieć, żeby dać, żeby się podzielić. Mówiła, że właśnie wczoraj odebrała dwieście złotych renty, ale musiała tę sumę przeznaczyć na leczenie brata, że bardzo przeprasza, ale dziś już nic z tego nie ma, gdyby wiedziała wcześniej, może dałoby się coś zrobić. Ale nie, nie dałoby, strasznie przepraszam, kiedy będziecie tu następnym razem, to ja już uzbieram?

Ta pani zawstydziła wszystkich, na całym Rynku, wszystkich, którzy nie reagowali. Tylko, że ci wszyscy byli tak głęboko zajęci sobą, że nawet nie zauważyli, że zostali zawstydzeni. Pan B. i jego znajomy grali dalej. Już po kilku pierwszych monetach pojawiły się przy nich rumuńskie dzieci, bez matek, bez ojców, bez wieku. I bez skrupułów. Nie wiedziały co z tym graniem, z tym koszykiem zrobić. Grający wskazali im gestem zachęty monety, jednym spojrzeniem wyjaśnili o co chodzi. A chodziło o to, żeby potrzebujący brali. Dzieci uznały się za potrzebujące. Potem co chwila podlatywały, jak gołębie do chleba, rozchwytywały pojawiające się w koszyku monety i odlatywały do swoich zakamarków. Wracały z pustymi rękami. Długo nic się nie działo - pieniądz się nie pojawiał. Dzieci, znudzone i zbyt ruchliwe, zainteresowały się instrumentami. Panowie, najwyraźniej uradowani, próbowali nauczyć je gry na plastikowych fletach. Wychodziło opornie. Dzieci, a była ich cała gromada, wyrywając sobie instrumenty z rąk i ust, poprosiły o pożyczenie fletów, bo chciały je pokazać rodzicom. Właściciele zgodzili się. Flety natychmiast znikły, a za nimi dzieci.

Grali dalej, smutniej, nic się nie działo. A właściwie znowu miało się nic nie dziać, ale nadszedł patrol Służb Porządkowych. Kobieta z patrolu coś mówiła, coraz gniewniej, grający wzruszali ramionami, zaczęła ich szarpać, oni stawiali opór, do akcji wkroczył mężczyzna, uderzył pana B. w twarz, jego znajomy poderwał się do ucieczki i popędził zniknąwszy w najbliższej bramie, pan B. leżał obezwładniony w kajdankach, na nim ta kobieta. Jakaś niewyżyta, biedna kobieta. Leżał i nie mógł się poruszyć, choć wcale nie miał zamiaru odchodzić, ani się z kimś zadawać.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl