bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.221.136.62
online:3

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część IV

Na początku, zaraz po studiach, a ukończyłem elitarny wydział na jedynej w swoim rodzaju uczelni w kraju i to z bardzo dobrymi wynikami, a zatem na początku wyjechałem na wieś zakładać fundację. Młodzieńcze ideały, no nie? Na piątym roku mieliśmy w Warszawie taką prawie paczkę, która się ukonstytuowała na skutek naszego wspólnego przedsięwzięcia teatralnego, takiego jednego ulicznego przedstawienia. Wspólne działanie pono łączy ludzi, ale jak to z wszystkim, co dotyczy ludzi - nie jest to nigdy do końca pewne i całkowite. Niejedno z nas miało takie marzenie, aby zamieszkać na wsi i tam też stworzyć sobie swoje miejsce Pracy zgodnej z zamiłowaniami i talentami. Pomyśleliśmy, że najlepiej, aby to był ośrodek działań kulturotwórczych. Pomyśleliśmy tak wzorem wielu naszych poprzedników którym się powiodło. W ogóle dużo myśleliśmy kosztem realizacji, która ciągle pozostawała in potentia. Było nas z dziesięć osób - tych, które wyrażały chęć przystąpienia do tej nieco szalonej inicjatywy. Ja chciałem przede wszystkim stworzyć sobie miejsce Pracy. Już wtedy wyczuwałem, że jak sam sobie go nie stworzę, to nikt tego za mnie i dla mnie nie zrobi. Chętnych i chęci było dużo, było tylko jedno małe "ale". Skąd wziąć pieniądze, ów niezbędny kapitał początkowy? Przecież żaden sponsor, żadna fundacja nie da nam, choćby cele były najszlachetniejsze, na zakup czy też remont jakichś pomieszczeń, terenów. Nikt nie da nam na nasze utrzymanie dopóki się nie rozkręcimy, więc za co mielibyśmy żyć przez to pierwsze pół roku, rok? I oto spadł nam z nieba anioł w niepozornej postaci kolegi Mariana z wydziału zaocznego. Okazało się, że Marian ma miliony. Ale to jeszcze nic dziwnego, zdarzają się przecież tacy, którzy mają miliony. Okazało się, że Marian część z tego chce "zmarnować" na działalność non-profit. Po prostu, da dom, da dwadzieścia hektarów przy trasie Poznań-Berlin, da jeszcze sto tysięcy na remont i przekształcenie gospodarstwa rolnego w ośrodek arte- i hipoterapii. To była fantastyczna szansa. Takie szanse nie zdarzają się zwykłym śmiertelnikom. Taką szansę tylko głupi by odpuścił.

Oczywiście całym sercem przejąłem się tą inicjatywą. Mieliśmy w ustalonym terminie pojechać tam wszyscy i obejrzeć miejsce przyszłych zwycięstw. Wyjazd nie następował, przesuwany z tygodnia na tydzień. Robiliśmy zebrania, u nas, w wynajmowanym na Wrzecionie w Warszawie mieszkaniu, na których napisaliśmy niemal statut naszej przyszłej fundacji oraz plan działalności na najbliższy rok. Chodziło tylko o to, by kilka osób niebojących się tego minimalnego ryzyka, ciężkiej pracy, dużej satysfakcji i wsi, by te kilka osób w ciągu nadchodzącego roku rozkręciło działalność tej naszej fundacji na tyle, by była ona w stanie się samofinansować, bez dokładek pieniężnych ze strony Mariana. Po prostu, by te kilka osób uczciwie zarobiło na siebie. Przy okazji wyświadczając społeczeństwu wielkie dobro. O wiele większe niż sobie samym.

Chodziło o taką właśnie gotowość, o taką postawę.

Nie mogliśmy się dograć. Ciągle komuś nie pasowało. W końcu pojechałem z moim przyjacielem, z którym na Wrzecionie dzieliłem pokój i który od początku był świadkiem rozwijania się całej tej sprawy, jak się zdawało jako obserwator z racji tego, że większość rozmów toczyła się w naszym pokoju, a jak się potem okazało, wykazał się największą ze wszystkich odwiedzających nas słomianych napaleńców gotowością i odpowiedzialnością za podejmowany temat.

Żeby zaoszczędzić - byliśmy studenciakami, którzy co prawda mają więcej pieniędzy niż bezrobotni, ale to i tak niewiele, nie tyle, żeby mogli sobie jeździć ekspresami - jechaliśmy nocą. Za dnia na trasie Warszawa-Poznań kursują tylko ekspresy, które jadą prawie dokładnie tyle samo czasu, co pospieszne, ale kosztują dwa razy drożej. Podróżny nie to, że nie ma wyboru, ale jeszcze gorzej - ma wybór pozorny. Otóż nie ma się do czego przyczepić, bo w rozkładzie jazdy są umieszczone pociągi pospieszne, na które go ewentualnie stać i od razu powstaje złudzenie bogatszej oferty, dostosowanej do potrzeb i możliwości podróżnych. Z drugiej jednak strony pociągi pospieszne to w rzeczywistości jeden pociąg jadący nocą, czyli o tej porze, podczas której lubi podróżować większość klientów PKP. Porze akuratnej, bo akurat w pociągu można się wyspać, bo tylko osiem osób mieści się w przedziale, bo akurat w pociągu jest bezpiecznie spać, bo nie grasują złodzieje.

Nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy dojechać aż za Poznań. Czyli przesiąść się w Poznaniu na pociąg osobowy. Do Poznania dojechaliśmy po trzech czy czterech godzinach sterczenia w korytarzu (na jedyny pospieszny każdy chciał się załapać) na około pierwszą w nocy. Pierwszy osobowy do miejscowości nieopodal naszego eldorado odjeżdżał o piątej. Poszliśmy więc na miasto, bez planów, bez perspektyw na najbliższe godziny. Dojrzeliśmy w oddali połyskujące nęcąco srebrzyste krzesła z makdonaldowego ogródka. To było to. Cicha miejscówka w ustronnym miejscu, zacieniona, ale jednocześnie przy głównej ulicy, to położenie gwarantowało optymalne bezpieczeństwo.

Rozsiedliśmy się przy stoliczku w podwójnym cieniu nocy i parasola, każdy na aż dwóch krzesłach: na jednym siedzenie, na drugim chodzenie i nie chcieliśmy spać, chcieliśmy pilnować plecaków, więc z tego wszystkiego wyszła nam drzemka pełna majaków o raju Pracy, do którego zmierzaliśmy ze zwieszonym na piersi łbem. Czujność takiego spania polega na tym, że pomimo zamkniętych oczu widzi się swój plecak, pomimo zwieszonego łba wie się, co dzieje się obok na ulicy i pomimo miejskiego szumu słyszy się tykanie zegarka na ręce sąsiada. Definitywnie ocknąłem się pierwszy. Pół godziny przed odjazdem naszego pociągu. Wróciliśmy na dworzec, ciągle jeszcze było ciemno, choć już powoli po ulicach zaczynały się kręcić pojedyncze egzemplarze tych, którzy szli na pierwszą zmianę do Pracy. Przed nami ostatnia godzinka jazdy i będziemy na miejscu. Zwaliliśmy się bez słowa, mało przytomni, zapuchnięci i zielono-sini z niewyspania. Ludzie z oburzonym zaciekawieniem się na nas patrzyli, bo to był pociąg, którym jeździli przede wszystkim ci, którzy dojeżdżali do Pracy: świeży, wyspani, rumiani, pachnący, odmalowani. Porządni.

Wysiedliśmy na małej stacyjce kilkadziesiąt kilometrów od Poznania. Przywitał nas z niespodziewaną pompą okazały budynek dworca zupełnie niewspółmierny do wielkości miejscowości. Już zobaczyłem, co na tym dworcu będzie się działo, kiedy tylko rozkręcimy naszą aktywność: jakie przedstawienia teatralne, jakie instalacje multimedialne, jakie happeningi, jakie powitania naszych wspaniałych gości - światowych osobistości w różnych dziedzinach, które w końcu zaczną tłumnie nas odwiedzać. Pomyślałem sobie, że to dobrze, że ten dworzec jest taki wielki, to będzie dobra wizytówka naszej fundacji, to będzie dobrze brzmiało, jak będą do nas przyjeżdżać ludzie i będzie ich witała, dostojnie i z uszanowaniem, taka monumentalna architektura.

Był bardzo wczesny poranek, zrobiło się jasno, ptaki się rozśpiewały. W niespartaczonych historiach jest to zawsze początek nowego życia. W naszym przypadku nie było to niestety tak jednoznaczne, jak w porządnej literaturze. Był to początek nowego, bo każdy dzień niesie w sobie przynajmniej kilka początków różnych rzeczy. Ale było to jednocześnie nasze oswojone już, o jeden dzień i jedną noc bardziej, stare życie, życie w poszukiwaniu Pracy. I w tym pomimo "cudownego" wschodu słońca nic się zasadniczo nie zmieniło i nie chciało "cudownie" odmienić.

Marian opowiadał nam, że ma w tej wsi sąsiada. Sąsiada ze wsi nieopodal. Ten sąsiad posiadał nad jeziorem ośrodek wypoczynkowy, który chciał przekształcić w ośrodek "resocjalizacyjny" dla niemieckiej "młodzieży". De facto zaś miał to być całoroczny ośrodek odpoczynkowy dla młodych niemieckich kryminalistów.

Ten właśnie sąsiad Mariana, Stanisław, wyjechał po nas na dworzec, bo z tego dworca do jego wsi to jeszcze dziesięć kilometrów piechotką było. Myśleliśmy, że Marian opowiada o sąsiedzie rówieśniku, a tu się okazało, że on niemal dwa razy starszy od nas. Poważny człowiek, a nie jakiś tam chłystek.

Okolice przepiękne: lasy, jeziora, łąki. Wymarzone zakątki do zadomowienia się w nich do końca życia. Ośrodek Stanisława położony był w lesie nad brzegiem jeziora. Składał się z ciągu drewniano-szklanych pawilonów, w którym było kilkanaście pokoików, świetlica i "separatka" oraz z budynku gospodarczego przerobionego na mieszkalny z kuchnią, łazienkami, pokojami wychowawców i pokojem samego szefa Stanisława, w którym stało dwuosobowe łóżko, "to tak w razie czego", jak sam był powiedział oprowadzający nas gospodarz.

- Chodzi o to, że Niemcy płacą dwa tysiące marek na jednego małoletniego przestępcę na miesiąc - zwierzył się nam z sedna swej idei Stanisław.

I wówczas bierze się dziesięciu takich, to jest dwadzieścia tysięcy marek miesięcznie. W Niemczech są specjalne fundacje zajmujące się opłacaniem chętnych opiekunów dla swojego marginesu społecznego. Niemcy bardzo chętnie korzystają z usług Polaków. Tanio i daleko. Problem społecznego śmiecia znika, bo za nieduże pieniądze usuwa się go poza granice kraju, w którym musi być czysto. To niemieckie zamiłowanie do czystości już raz doprowadziło do światowej katastrofy, widać bakcyl czuwa. Stanisław był przedsiębiorczym człowiekiem. To ten typ, który nieustannie robi jakieś biznesy i to z bardzo różnych dziedzin, czyli często z takich, o których merytorycznie nie ma zielonego pojęcia. Tak było i w tym przypadku.

- To chodzi o to, żeby ich przez ten rok, dwa jakoś tu przetrzymać. Zapewnić podstawową edukację i dużo zajęć pozalekcyjnych, jakieś żagle, tak, teatrzyk może być, szachy, żeby im głupoty do głowy nie przychodziły. Reszta nas nie obchodzi. Potem kończą osiemnaście lat i wracają do kraju. Albo, he, he, jak zdążą, to załapują się na nasze polskie więzienie.

- A jak poradzisz sobie z agresją, jak któryś zaatakuje, to co zrobisz?

- No jak to co? Ręce powykręcam i do izolatki. Zresztą opiekunowie będą wyposażeni w broń dla wszelkiego bezpieczeństwa. Tutaj już mam pomieszczenie, w którym zrobię izolatkę. Tu, patrzcie, kiedyś był składzik na sprzęt, kraty założę, okienko zasłonię, tutaj kamerę zamontuję, żeby całodobowo mieć gówniarza na oku. Jak się będzie rzucał to dostanie i posiedzi. Najlepszy sposób. Aż złagodnieje.

Takie to właśnie miał Stanisław, polski biznesmen, wyobrażenie o oddziaływaniu wychowawczym. Sam był wychowankiem domu dziecka. Nie był człowiekiem kierującym się w życiu wartościami, więc nie reprezentował postawy właściwej wychowawcy. On, sierota, całe swoje życie musiał walczyć o przetrwanie, niekoniecznie czystymi sposobami, bez jakiegoś pitolenia. My byliśmy szczerze zdruzgotani, że to tak jest, że tak jest często w Polsce: że ważne rzeczy robią ludzie, którzy umieją się dopchać do nich, bo w robieniu tych rzeczy widzą kasę albo władzę dla siebie, i to ta zdolność dopchania się powoduje, że oni robią to, na czym kompletnie się nie znają, i że siłą dobicia się zdobywają monopol na robienie tego, czego nie powinni robić, więc partaczą, psują, niszczą. I często nie pozwalają innym na tym polu zadziałać, bo już zajęli ich miejsce. I w ten sposób hodują swoich następców: urodzonych partaczy, psujów, niszczycieli.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl