bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.196.101.118
online:2

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część V

Stanisław, jak każdy poważny biznesmen, miał zamiar, po przejściu próby, rozwijać swój interes, czyli zakładać w Polsce następne takie domy dla niemieckiej niegrzecznej młodzieży. Już widział góry złota, jakie mu ta inicjatywa przyniesie. A i prestiż. Bo przecież pomagasz biednym ludziom. Źle mieli w życiu, nabroili, a ty się nimi chcesz zaopiekować, umilić im czas, okazać, że można żyć bez brojenia, bo wszystko co trzeba, ukochany kraj jak na tacy poda.

Smród potworny poczuliśmy, idący niechybnie za tym sposobem myślenia, za tym sposobem zdobywania pieniędzy, za pracą z takim nastawieniem. Niespiesznie nam było uściślać ze Stanisławem współpracę, a i jemu chyba też, bośmy nie wykazali się przepisowym entuzjazmem, na jaki pewnikiem liczył. Ale, no nie, po starej przyjaźni z Marianem, no Marian jego dobry przyjaciel, tak dobry, że płaci mu za doglądanie jego gospodarstwa w sąsiadującej wsi, po starej przyjaźni oczywiście mieliśmy zapewnione, że u Stanisława możemy mieszkać na czas wyremontowania mieszkania w gospodarstwie Mariana. Z żarciem było gorzej, głupio było, Stanisław częstował, Marian mu wcale za to nie płacił, ja pieniędzy nie miałem, więc, kiedy już u niego zamieszkałem, głupio mi było, że objadam człowieka, nie dość, że zwaliłem się mu na głowę, a on musiał mnie przyjąć, nawet jeśli nie czuł do mnie sympatii, musiał przyjąć ze względu na "starą przyjaźń" z Marianem.

Siedzieliśmy w obskurnej kuchni przy stole nakrytym ceratą w czerwono-białą krateczkę. Kuchnia była dość ciemna, pomalowana na nieokreślony burawy kolor, oczywiście z lamperiami zaznaczonymi olejną farbą. Stanisław zapytał, czy nie chcemy się przespać najpierw, a dopiero potem sobie pogadamy, ale nie chcieliśmy. Zrobił nam po kawie po turecku z dwucentymetrowym kożuchem, w szklankach na spodeczkach, stara gwardia, pewnie taką kawę piły wychowawczynie, które zapamiętał z domu dziecka. Był zdenerwowany. Albo w ogóle nerwowy, niepewny. Zapalił papierosa, bo nie wiedział, o czym i jak ma z nami mówić. Dwóch zasranych intelektualistów. Myślę, że obawiał się pytań, jakie możemy zacząć mu zadawać. Potem poradził sobie z tą obawą w ten sposób, że z tym większym tupetem i stanowczością i hałasem wygłaszał swoje pomysły i teorie na temat funkcjonowania przyszłego ośrodka wychowawczego. Przyszedł do nas pan Zenek. Pan Zenek opiekował się gospodarstwem, kiedy Stanisław wyjeżdżał załatwiać interesy. Pan Zenek przedstawił się, pokręcił przy kuchence, potem oparł o nią i tak nie przysiadając się do stolika, do nas, pokazując swoją pozycją kto tu rządzi, przysłuchiwał się rozmowie, stając się niemałym wsparciem dla Stanisława.

Stanisław, mimo swojej aż chorobliwej ruchliwości, był już chyba trochę zmęczony własnym życiem. Tym, że ciągle trzeba kombinować, tym, że ciągle nie można mieć pewności, tym, że ciągle spotyka takich, którzy wiedzą lepiej i ciągle trzeba im coś udowadniać. Pomimo tego, że bokami zarastał siwizną, a górą świecił łysiną, miał wyraz twarzy małego, ciągle niesprawiedliwie bitego chłopaka. I przez to ciągle był taki rozdygotany, niepewny i przez tą niepewność próbujący się przebić sztuczną, narzuconą z konieczności przeżycia, zbyt beztroską, zbyt hałaśliwą stanowczością. Teraz jej nie było. Na moment, zapaliwszy papierosa, łyknąwszy kawy, zapomniał chyba o zagrożeniu, jakie niesie nasza obecność. Zapatrzył się w okno, może przypomniał sobie swoją byłą żonę, jeszcze wtedy, kiedy nie była "była", a jak najbardziej obecna, kochana, kiedy się jej wreszcie przestał bać i na chwilę zaufał. Może właśnie tę chwilę sobie przypomniał, bo jego twarz rozluźniła się i stała bezbronną twarzą małego chłopaka. Ale zaraz wrócił do kuchni, w której siedzieliśmy, uśmiechnął się do nas przyjaźnie i ciepłym tonem omówił z Zenkiem aktualne gospodarskie sprawy, czy wstawił tam drzwi, czy zgotował psom, czy sprawdził, co z tą żarówką w piwnicy. Zenek był profesjonalistą i wszystko było na glanc zrobione.

Poszliśmy przejść się po lesie. Okolica była bajeczna. Powietrze przeapetyczne. Kontrast z Warszawą olbrzymi. Jak człowiek siedzi w tej stolicy, to całkiem zapomina, że można żyć gdzie indziej, że można już za życia posmakować raju, przynajmniej tego zewnętrznego, tylko trzeba się ruszyć, podjąć ryzyko. Już widziałem siebie - zadomowionego tu, na wsi, już widziałem swoje pracowite, ale pełne harmonii i pokoju życie, już widziałem, jak za kilka lat moje dzieci będą tu rozkwitać i nieustannie do wszystkiego się śmiać, już widziałem, ilu ludzi będzie do nas zjeżdżać i na warsztaty różnego typu przez naszą fundację organizowane i prywatnie i jak nam będą zazdrościć, że się nam udało, że żyjemy tak wspaniale, robimy, co lubimy i kwitniemy, kwitniemy, kwitniemy.

Po południu pojechaliśmy obejrzeć gospodarstwo Mariana.

Sam Marian przyjechał i pojechaliśmy jego dżipem. Było niedaleko, jakieś pięć kilometrów od gospodarstwa Stanisława. Dwa kilometry od A2 - trasy Poznań-Berlin. Można było podjechać do niego tą trasą, a można było inaczej, drogami drugo- i trzeciorzędnymi. Jeśli z trasy A2, to też trzeba było zjechać w taką polną drogę, bo tylko taka polna droga prowadziła do tego gospodarstwa. Marian dawno tu nie był, więc się trochę zgubił. Wiedział, gdzie mniej więcej to jest, w jakim kierunku, ale zapomniał, która dokładnie droga tam prowadzi, w którą trzeba skręcić, żeby dojechać. Pojechaliśmy na przełaj, przez czyjeś pole, przez jakąś łąkę, całą w dołach i mokradłach. Prawdziwe safari, Marian chciał się chyba trochę popisać, jak się ma taki wóz to aż kusi, żeby go poużywać zgodnie z jego przeznaczeniem, czyli do jazdy terenowej. Najpierw dojrzeliśmy stodołę. Wielką, drewnianą stodołę. "W tej stodole ma być sala teatralna, wielka, piękna sala. I do pracy studyjnej i na pokazy dla całej wsi i przyjezdnych". Nieopodal stodoły stał budynek gospodarczy, którego jedna trzecia przerobiona została na mieszkanie trzypokojowe, a pomiędzy nimi rosła olbrzymia, jak to na poniemieckich ziemiach, lipa. Obok domu tkwiły ukryte w trawie fundamenty niegdysiejszego budynku mieszkalnego, z którego do dziś został tylko fragment piwnicy. Za domem rosło kilka dorodnych jabłonek, potem był leszczynowy las, rósł nad brzegiem głównego rowu melioracyjnego i był dzięki temu miejscem dość malowniczym, a za lasem, za rowem zaczynały się łąki. Bujne łąki okolone pomniejszymi rowami melioracyjnymi, na które przychodziły stołować się okoliczne dziki, sarny, zające, ptactwo i robactwo wszelkiej maści.

Dom zamieszkiwała rodzina Memłów. Młody Memło był nastym synem swojego ojca, starego Memły. Stary nie pił, ale synowie zaczęli. U Memłów to było tak: im starszy syn, tym porządniejszy, bardziej zorganizowany, rozgarnięty, pracowity, stroniący od picia. Nasz młody Memło był prawie ostatnim synem starego Memły, więc i mało rozgarnięty, i niezbyt bystry, i leniwy, i wypić lubił, jeśli tylko miał co. Nie miał Pracy. Ona, młoda, ładna, bystra, rządziła. Na to wyglądało, że ona rządziła. Też nie miała Pracy. Nie mieli Pracy, ale za to mieli dwa dzieciaki, jedno po drugim. Małe i szykowało się, że będą następne, jak któreś z nich do tej Pracy nie pójdzie, żeby wracać znużone do domu i już na nic nie mieć ochoty. Marian miał z nimi taki układ, że mogą tu sobie mieszkać, nic nie płacić, byleby dbali o gospodarkę. Oni jednak nie za bardzo wywiązywali się z umowy. Dla człowieka, który nie ma Pracy i jest zmuszony nic nie robić, najprostsze prace stają się zbyt skomplikowane, by móc je wykonać. Na gospodarstwie wszystko stało odłogiem, życie stało odłogiem. Młodzi Memłowie trwają, bo trwać gdzieś jakoś, psim swędem, muszą, pojawiają się kolejne dzieci, które też szybko uczą się trwać i nic poza tym i tak sobie a muzom trwają, może czekają, a może już nie, raczej nie, bo prędzej czy później życie bez Pracy zamienia się w życie w bezczasie.

Na podwórku, pod lipą walały się obesrane pampersy, popsute zabawki, resztki jedzenia. Dzieci najpierw znieruchomiały w bezmyślnym wgapieniu, a potem pouciekały chować się w najciemniejsze kąty zagrzybionego domu. Ona się nie odezwała słowem. Na pytania kiwała głową. On był bardziej rozmowny, mówił "tak", "nie". Pokazali nam część mieszkalną domu. Brud, wilgoć, pleśń, kurz. Tyle zobaczyliśmy. A spomiędzy tego wyłaniały się jakieś kształty: stołu, krzesła, pieca, dziecka. Na dole była kuchnia, oczywiście z kuchenką węglową, na której można i ugotować i się przy niej ogrzać. Obok był pokój, sypialnia ich czworga, również ogrzewana piecem w miodowe kafle przystrojonym. Na górze były dwa pokoiki do remontu, niezagospodarowane, bo po co. Pozostałe dwie trzecie tego domu to był były chlew czy też obórka na parterze, a na piętrze odznaczonym tylko jedną obficie wybrakowaną warstwą spróchniałych desek - strych, używany do składowania siana. Ten dom po remoncie miał być w całości domem mieszkalnym. W obecnej części mieszkalnej miało być mieszkanie dla stałych mieszkańców, na przykład dla mnie, a w części gospodarczej miało być tak: chlewik miał być salonem, salą kominkową, rodzajem świetlicy, dużej jadalni, a na górze miały być pokoiki dla przyjezdnych, jak w hoteliku.

Memłowie wyprowadzili się do jesieni, a wprowadzić miałem się ja z ekipą. Wróciliśmy do Warszawy, aby kończyć pisanie pracy magisterskiej, obronić ją, zebrać ludzi i wyjechać na wieś do fantastycznej Roboty. Okazało się, że obiecanki-cacanki. Jak przyszło co do czego, każdy nieśmiało zgłaszał jakieś wątpliwości i zarzucał asekuracyjnymi pomysłami, a tak w ogóle to miał przecież zupełnie inne plany - bardziej realistyczne. Ludzie nie rozumieli, że jak nie zechcą uczynić czegoś realnym, to to się samo realnym nie uczyni. Wici puszczałem komu się da - kto ma czas, nie boi się, chce zamieszkać na wsi, nie ma Pracy, niech szykuje się na jazdę za Poznań, do eldorado. Znalazła się taka osoba. To była koleżanka Mariana z roku, Asia. Asia mieszkała z rodzicami na Górnym Śląsku. Miała dwuletnią córeczkę i męża, który nie był jej mężem, pracował za granicą, telefonował do niej codziennie, a ona codziennie przez ten telefon o coś go opieprzała. Chyba się kochali, choć tak do końca nie sposób zrozumieć natury ich związku. Asia chciała pojechać i pracować, przede wszystkim wyprowadzić się z domu i zamieszkać z córeczką daleko od rodziców. Pieniądze na utrzymanie miała od swojego męża-nie męża. Choć było z niej chucherko, ważne były każde chętne do pracy ręce.

Zamieszkaliśmy u Stanisława i codziennie jeździliśmy pożyczonym samochodem robić. Fachowcy skuli zapleśniały tynk w łazience, wymienili instalację, gołe cegły pomalowali na biało, wyglądało cudnie. My zdarliśmy boazerię w kuchni, zbutwiałą podłogę, tynkowaliśmy, murowaliśmy, gipsowaliśmy, malowaliśmy, naprawialiśmy co się dało. Nawiązywaliśmy nowe przyjaźnie w sąsiedztwie, w rzemiosłach, w Urzędzie Gminy. To była kopalnia spraw do załatwienia. Jeszcze pisanie statutu przyszłej Fundacji, fundacji, która miała nosić godne imię "Dalirady", przekwalifikowanie, chodzenie, dowiadywanie się, pisanie wniosków, jeżdżenie do Stolicy w poszukiwaniu pomocników, fachowców, profesjonalistów.

Moja babcia płakała załamana: pięć lat studiów w Warszawie i tak skończył, na takim zadupiu, gdzie on się tam pcha. Nie wiem, czy przypadkiem nie pomodliła się o mój rychły powrót do Miasta. Bo w zimie zachorowałem tak ciężko jak nigdy. Zapalenie płuc, antybiotyki przez miesiąc, byłem taki słaby, że przez jakiś czas ledwo co wstawałem i czołgałem się do ubikacji. Nie miał kto pilnować naszego remontowanego domu, w którym wiele instalacji zostało już wymienionych, wiele inwestycji poczynionych, a nawet nowe piękne drewniane okiennice i drzwi. Asia nie mogła zostać sama, w pustym domu, pośród pól i lasów, gdzie do najbliższego sąsiada było około kilometra drogi. Ja schroniłem się u mojego przyjaciela, z którym dzieliłem jeszcze nie tak dawno pokój studencki w Warszawie. Leżałem pokotem na łóżku, które mi odstąpił, faszerowałem się antybiotykami i biadoliłem ledwo zipiąc. Choroba się tak rozwinęła, że nie zdążyłem nawet dojechać do domu rodzinnego. Dom od Mariana w tym czasie okradziono z nowiuteńkiego hydroforu, na mój powrót w najbliższym czasie nie było perspektyw, Asia sama nie chciała tam siedzieć, Marian zadecydował, żeby wróciły Memły. Że to bez sensu, że od początku było wiadomo, że w pojedynkę, no, prawie we dwójkę nie damy rady. To prawda. Za mało nas było. Jednomiesięczna moja nieobecność i wszystko się rypnęło. To była bardzo delikatna konstrukcja, to zaledwie dopiero wylewki pod urealnienie marzenia. Rypnęło się.

Memły za to skorzystały, bo wróciły do prawie do końca odremontowanego mieszkanka, no, przynajmniej odpleśnionego, odgrzybionego i z nowiuteńkimi instalacjami.

Tak. To wszystko na razie. Czy mogę już wrócić do swojej celi?

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl