bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.196.101.118
online:3

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część VII

Na mieście pojawił się dopiero w sobotę, na potańcówce w Kasynie Policyjnym. Zachodził tam od czasu do czasu, kiedy miał ochotę potańczyć. Do Kasyna "Śnieżka" przychodzili przede wszystkim starsi ludzie, a pośród tych starszych przede wszystkim policjanci lub policyjni emeryci. Średnia wieku to było jakieś sześćdziesiąt lat, pomimo obecności wielu czterdziestokilkulatków. Pan B. dobrze się czuł w takim towarzystwie. Człowiek bez Pracy, ile by nie miał lat, to człowiek stary. Poza tym lubił starość. Pewnie dlatego, że jest prawdziwsza lub bliższa prawdy niż reszta. Starość jest za słaba na fasady. Taniec ludzi starych, ludzi o zrujnowanych fasadach, to zjawisko wyrażające podwójną, ambiwalentną naturę świata: życie, które sztywnieje w śmierć, śmierć, która jeszcze oddycha. Fascynowało pana B. obserwowanie tego zawsze niespełnionego, wiecznie niedokończonego procesu. Sam zresztą czuł się w pełni jego uczestnikiem i sprawiało mu dużą frajdę wyrażanie tego w uestetyzowanym ruchu. Nie dość, że wejście na tańce było tanie, piwo na miejscu było tanie, a i wódka ze śledzikiem była, i była tania, jak w każdym porządnym lokalu powinno być. Jest to jedyne takie miejsce we Wrocławiu, miejsce dansingu dla ludzi, a nie tylko dla kasty bogaczy, ale dla każdego, kto lubi taki stary format.

Przyszedł z tym kolegą od niezbyt modnego garniturku. Stali przy kontuarze i sączyli piwo. Ludzi, powinno się raczej powiedzieć: staruchów, było multum, sala wypchana po brzegi, żadnego siedzącego miejsca. Ale to im akurat pasowało. Przy barze jest przecież najwygodniejszy punkt obserwacyjny. No i najłatwiej nawiązać z kimś nowym rozmowę, zręcznie też idzie poproszenie bufetowej do tańca. No, jest to też taki punkt, w którym można się dowartościować, jako młodzi mężczyźni bowiem, na pantałyku, byli dyskretnie obserwowani przez grupkę czterdziestek i pięćdziesiątek ze stolika spod ściany. Pięknych kobiet, niegdyś pięknych.

- Mimo wszystko budujące jest uczucie, że można się jeszcze komuś na coś przydać, choćby paniom do podziwiania - Pan B. głośno wyraził tę myśl nachylając się do ucha towarzysza, ponieważ na sali panował harmider, kapela co prawda nie grała, ale spokojnej rozmowie przeszkadzał szum rozmów, śpiewów, śmiechów, szmer sztućców w ruchu, stuk kieliszków i brzęczenie butelek. Kolega oburzył się:

- Jak możesz siebie tak traktować, co ty jesteś jakąś męską dziwką, jesteś jakimś przedmiotem do wykorzystania? Miej godność - nie rozumiał pana B. Nie rozumiał, że człowiek bez Pracy inaczej pojmuje godność.

- Jestem godny wtedy, kiedy jestem przydatny, jeszcze, na coś. Nie ma się godności wtedy, kiedy już nikt cię nie potrzebuje, kiedy jesteś już tylko sam dla siebie, kiedy nie potrafisz być dla kogoś innego w jakikolwiek sposób.

- No właśnie - zareplikował towarzysz - chodzi o sposób. Ty już jesteś w rozpaczy, bo sposób staje ci się obojętny, a to sposób jest ważny, to styl zachowania się tworzy człowieka. Wraz z jego godnością.

- Nieprawda. Styl jest tylko zewnętrznością, a ważna jest intencja, istota, zasada, to, co może stworzyć każdy styl, jeśli zechce, co jest głębsze i pierwotniejsze, i może więcej.

- No dobra, to co, poszedłbyś z którąś z tych babek, ażeby jej we wszystkim, co sobie zażyczy, usługiwać tylko dlatego, że byłbyś wtedy dla kogoś użyteczny i to niby miałoby być godne zachowanie?

- Poszedłbym. Jeśli to, co robiłbym dla tej pani miałoby ją uratować, miałoby dać jej szczęście, dobre życie, to poszedłbym - oczy pana B. zrobiły się szkliste i przekrwione, głos zadrżał na granicy płaczu.

- Coś z tobą nie tak, stary. Przez to bezrobocie zaczyna ci się coś dziać z głową, kiedyś...

- Ludzie się zmieniają, rozwijają, dobrze o tym wiesz. Nie rozumiesz, co to znaczy być nikim dla wszystkich.

- Uważasz, że dla mnie też jesteś nikim? No, skoro tak, to nie ma o czym mówić, no to cześć! - towarzysz pana B. zeskoczył z hakera, odłożył niedopite piwo i szybkim krokiem odszedł w kierunku wyjścia, po drodze zgarniając kurtkę z wieszaka i nie oglądając się za siebie.

Pan B. został sam, znowu sam. Jemu po prostu z tą samotnością było do twarzy i trzeba się z tym pogodzić, myślał sobie. Myślał sobie z głębi swojej ostentacyjnie spokojnej rozpaczy, że przede wszystkim trzeba zgodzić się na siebie, żeby w ogóle móc ruszyć dalej.

Mimo tak mądrych myśli, ogarnęło go jednak obrzydzenie do siebie samego, jest niedojdą, ostatnią dupą, powinien pobiec za przyjacielem. Eee, to nie ma sensu - zamówił jeszcze jedno piwo. Kapela zaczęła grać Greka Zorbę, prowadzący poprosił wszystkich na parkiet, do wspólnego koła. Pan B. skoczył natychmiast, wśliznął się pomiędzy około sześćdziesięcioletnią panią i równie wiekowego pana, opletli się rękami i poczęli krążyć i wymachiwać nogami do rytmu.

Trzeba było kończyć Awuef i zostać nauczycielem tańca. Tańczyć każdy chce umieć, od najmniejszego do najstarszego. Roboty byłoby w bród. Albo może by tak założyć kapelę, która przygrywałaby na takich potańcówkach. Panowie pewnie nieźle zarabiają. No tak, ale skąd kasa. Skąd wziąć kasę na rozkręcenie interesu, na dalsze lata nauki, na zakup sprzętu. Nie mam szans. Jestem goły i dyspozycyjny. No, to też coś. Z takimi atutami mogę przecież zostać policjantem, jak wielu tutaj dookoła. Mówili mi przecież, że wrocławska policja ma niedobór i że można startować, bo są szanse, a ze studiami wyższymi to już w ogóle, oficerem można być.

Spojrzał na twarze dookoła próbując wyczytać z nich, kim takim trzeba być, żeby dostać pracę w policji, aż natknął się na jedną twarz, która najwyraźniej uśmiechała się do niego i patrzyła prosto w jego przyćmione zmęczeniem oczy. Zaraz, zaraz, znajoma z...znajoma, ale i obca zarazem, ach, to ona, tylko w stroju wieczorowym. Bez munduru wyglądała nieswojo, poczuł, że ciężej mu będzie złapać do niej dystans, poczuł, że jest prawdziwie schwytany.

Kiedy skończył się wspólny taniec, zaprosił swoją znajomą funkcjonariuszkę, jak rzekłby poeta - uroczą prześladowczynię, do baru na wódkę. Jak rzekłby nawet nienajbystrzejszy obserwator - była wniebowzięta.

A może otworzę kawiarnię. Ja tak lubię przesiadywać w kawiarniach. Wiesz, czułbym się jak ryba w wodzie. Edek, ten mój kumpel, który przed chwilą wyszedł, ma trochę kasy, wiem, że oszczędzał i uskładał z tego swojego naukowego stypendium przez pięć lat studiów. On byłby inwestorem, a ja bym robił. Mój wkład - praca, jego - kasa. Nasza kawiarenka byłaby taka, jakiej nie znajdziesz w całym Wrocławiu. Jest przecież kupa kawiarni, ale trudno o taką, w której można pogadać. Najspokojniejsze lokale przekształcają się w najwymyślniejsze zagłuszacze. Chcesz gdzieś usiąść, żeby pogadać - nie ma gdzie. Gdzie nie pójdziesz, to muza na full i trzeba się wydzierać, a to odbiera chęć i do rozmowy i w ogóle do wychodzenia z domu i jakichkolwiek spotkań towarzyskich. Żeby to jeszcze jakaś dobra muzyka była, ale nie. Wszędzie to samo, ta sama popowa rąbanka. Nie masz wyboru. Ty jako pojedynczy człowiek, no, powiedzmy konsument, bo o to w tym momencie chodzi, nie masz wyboru, dlatego, że większość już wybrała za ciebie, większość swoją większością odebrała ci możliwość zdecydowania za siebie, wedle własnego zdania i upodobań. Większość wybiera lokale z głośną popularną muzyką, lokale, w których nie ma miejsca na interpersonalny kontakt, gdzie pozostaje tylko wolniej albo szybciej uchlewać się i onanistycznie, w jeden wiadomo czego rytm, poruszać głową, stopą, ręką, bioderkiem. Większość wybiera takie lokale, więc prawie każdy właściciel lokalu w mieście stara się swój upodobnić do tych, które mają wzięcie. A mniejszość tych, którzy chodzą do kafejek w innym celu, niegdyś nawet popularnym - aby porozmawiać z drugim człowiekiem, ta mniejszość pozostaje na lodzie. To nie jest fair, prawda? I to nie jest żadna demokracja. To jest nie demo-, a mamonokracja, rządy pieniądza, kreowanie rzeczywistości przez pieniądze, to znaczy, że to pieniądze kreują dla pieniędzy, a nie ludzie dla ludzi - świergotał z rosnącą pasją, a ona patrzyła na niego z rosnącym zachwytem - w mojej kawiarence muzyka będzie leciała niezbyt głośno i byłby to dżez, klasyka, pieśniarze i pieśniarki. Coś w tym stylu, coś uspokajającego i wyciszającego. Ach, byłoby cicho i przytulnie. Mam już nawet wyobrażenie wnętrza. Każdy mebel byłby z innej parafii, oczywiście odpowiednio stary, wszystkie szklanki i kieliszki też - nie do kompletu, urocze, prawda? Na podłodze stare dywany, na ścianach kilimy i mnóstwo obrazków, chodzi o takie wrażenie przytulnego zagracenia. Byłoby też miejsce, taka mała scenka na lekkim podwyższeniu, na występy niezależnych, niepopularnych artystów. Taką kafejkę trzeba by gdzieś w centrum założyć, to prawie stuprocentowa pewność, że się powiedzie. Kurcze, idę jutro gadać z Edkiem.

- A mafia? Co zrobicie jak przyjdzie mafia po haracz?

- No chyba nie powinniśmy bać się mafii w mieście, w którym czuwa policja i służby porządkowe zarazem?

- Jak przyjdzie co do czego, my niewiele będziemy mogli pomóc. Wiesz jak to jest. Mi samej się w tym ciężko połapać, czasami nie wiesz, kto jest kto, kto po jakiej stronie.

- No tak... Mafia... - był zbyt podniecony swoją nową wizją i bliskością tej kobiety, która kryła w sobie czarowną obietnicę lepszej przyszłości, aby stropić się na dłużej - dajmy teraz temu spokój! Czy mogę prosić? Tego tańca nie możesz mi odmówić!

Bawili się do końca. On stroił się w coraz to inne wizje, bezwiednie skupiwszy się na tym, aby były wizjami przede wszystkim robiącymi to słynne piorunujące wrażenie, zaś niekoniecznie możliwymi do zrealizowania. Ona miała w sobie niekłamaną przychylność w stosunku do jego osoby, tak uderzające przeciwieństwo jego potencjalnych pracodawców - czyli osób, do których człowiek bez pracy ograniczał ostatnimi czasy swoje kontakty międzyludzkie, z małym wyjątkiem starego przyjaciela Edwarda.

O pierwszej orkiestra przestała grać. Bufetowa niedyskretnie sprzątała stoliki, jasno dając gościom do zrozumienia, co winni zrobić.

Nie mógł jej odprowadzić, bo czekał na nią tatuś - wracali służbowym samochodem.

Cóż miał zrobić. Poszedł do domu. Domu! Człowiek bez pracy nie ma domu! On pasożytuje na kawałku podłogi u rodziców, jeśli ma rodziców, pasożytuje pod ich kawałkiem dachu na głową, w razie głodu zaglądając do ich garnuszka. A jeśli nie ma rodziców, pomieszkuje psim swędem gdzie się da, gdzie go przyjmą. Na werandzie u przypadkiem poznanych studentów, u staruszków, którym można czasem płacić w naturze, tydzień tu, tydzień tam, wieczna tułaczka po rodzinie i znajomych. Człowiek bez pracy wraca zawsze tylko na chwilę do nieswojej budy.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl