bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.221.136.62
online:3

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część VIII

No i masz ci los!

Straszliwy los, los bezwzględny i ślepy i taki, któremu nie wiadomo o co chodzi. Nowy tydzień przyniósł nowe odrzucenie. Okazało się, że likwidują dom kultury, w którym pracował-nie pracował pan B. W każdym razie ten, który był jedynym miejscem, choć szczątkowej, ale zawsze pracy pana B. I co za tym idzie, jedynym źródłem jego mizernych i wstydliwych dochodów. A co gorsza - był ów dom kultury jedyną nadzieją pana B. na lepszą swoją przyszłość, jedyną nadzieją, bowiem wierzył święcie, i ta wiara pomagała mu funkcjonować właśnie w ten sposób (czyli wysilać się za tak marne pieniądze i poświęcać więcej czasu na sam dojazd niż na prowadzone zajęcia), wierzył święcie, że jak się wykaże, osiągnie, i tak dalej, to nie dość, że przedłużą mu umowę, to jeszcze zmienią jej warunki na bardziej ludzkie, korzystniejsze dla niego, na przykład zaproponują jakieś pół etaciku... A tu... nici (jeśli chce się wyrazić ogrom porażki bez brzydkich słów... ale, ale, na bok skrupuły, trzeba powiedzieć wprost - gówniane nici!). Znowu się zawaliło. Tąpnął z takim trudem, bo z tak znikomych nadziei skonstruowany świat pana B., człowieka bez Pracy. Teraz AAAbsolutnie bez Pracy, tak jak AAAbsolutnie tanio sprzedam, jeśli coś jeszcze znajdę, co się do sprzedania nada.

"Likwidują" - cóż za uprzejme, wybielające określenie. Przecież to nie jacyś Marsjanie likwidują, nie jakieś moce eteryczne nieczyste, tylko ludzie, zwykli ludzie, z tego samego powiatu, tyle że na stołkach. Pan Władza likwiduje, miejscowy pan Władza. Bezkarny pan Władza, jak to w Polsce w zwyczaju. Jedyny dom kultury w całym tym miasteczku. Wspaniale prosperujący, świetne wyniki, kilkaset dzieci pod stałą opieką. Coś się za tym musi kryć. Pierwsza myśl - ktoś chce kupić zabytkowy budynek, w którym ów dom kultury ma siedzibę. Podejrzenie to potwierdziło się po kilku dniach, kiedy dzieci przybiegały i pytały się między innymi pana B.: "Czy to prawda, że pan D. (miejscowy biznesmen, bogacz) chce kupić nasz dom kultury i dlatego nas stąd wyrzucają?". Choć potwierdziło się, pozostaje jednak tylko podejrzeniem. Pan Władza zapytany wprost, odparł, że nic mu o tym nie wiadomo. Jeśli o sprzedaży budynku nic mu nie wiadomo, to czy wiadomo mu, co z tym budynkiem zrobi, kiedy pozbawi miejscową społeczność możliwości korzystania z tego, co jej się należy? Pan Władza wpadł na rewelacyjny pomysł wykorzystania tego budynku, na taki pomysł, na jaki tylko pan Władza wpaść może (czyli nie mający nic wspólnego z życiem i jego realnymi potrzebami), a mianowicie, wie, otóż zrobi z niego urząd Pracy (pomimo iż jeden urząd Pracy już jest w tym miasteczku, świeżo po remoncie, którego przydatność, jak wszystkich urzędów Pracy, co wszystkim ludziom bez Pracy wiadomo, jest więcej niż wątpliwa i pomnażaniem ich ilości nie zmieni się sytuacji rosnącego bezrobocia). He, he, wyrzuci kilka osób na bruk i stworzy dla nich następny urząd Pracy w mieście. Zamieni ich dom kultury na również ich - dom bez Pracy. To pomysł na miarę naszej skiepszczonej epoki. A raczej władzy. Bo z epoką jest wszystko w porządku.

Pan B. zbuntował się. Bo cóż mu innego zostało do Roboty. Kiedy nie ma się Pracy, kiedy władze pozbawiają zajęcia, które stanowi ostatnią deskę racjonalnego zachowania się w społeczeństwie, człowiek traci grunt pod nogami. Więc z łatwością przychodzi mu robić rzeczy głupie, czyli takie, których system nie chce, które odrzuca, które są przeciwko niemu skierowane i na które ostatecznie pozwala, gdyż potwierdzają potrzebę jego istnienia. Pan B. oraz jego koledzy i koleżanki z Pracy zaczęli słać pisma, zbierać podpisy, koordynować protesty. Z pozytywnym skutkiem. Sama pani minister przysłała pismo popierające istnienie tego domu kultury i zachęcające lokalnego pana Władzę, żeby może nie likwidował tak wspaniałego osiągnięcia powiatu. Również Władza wojewódzka zrobiła kontrolę i nie zgodziła się. Z powiatowym panem Władzą, ma się rozumieć.

Ale pan Władza, przechytrzając szczebel wojewódzki wymyślił, aby połączyć znienawidzony dom kultury z powiatowym centrum edukacji nauczycieli po to, by obecnego dyrektora domu kultury mógł zastąpić jakiś jego kumpel z powiatu, zostając wicedyrektorem - połączonych już placówek - ds. domu kultury. Oczywiście wszystko miało odbyć się demokratycznie - miała być rada powiatu i uchwała, i głosowanie, i przegłosowanie, gdyż większość radnych to kumple starosty. Tak demokratycznie jak to bywało w Polsce Ludowej. Jednak sztuczka się nie udała. Szczebel wojewódzki poinformował, że jeśli dojdzie do połączenia, trzeba rozpisać konkurs na nowego dyrektora. To pana Władzy nie urządzało.

Nadzieja w załogę domu kultury wstąpiła. Ale nadworni prawnicy pana Władzy doszukali się luki i rzec by można, złapali kruczka za ogon. Okazało się, że w zgodzie z wszelkimi procedurami można wcielić dom kultury do centrum edukacji nauczycieli, nie zważając na to, iż obie instytucje zajmują się zupełnie czymś innym - i szczebel wojewódzki nie będzie miał możliwości protestu. A powiatowy umożliwi kumplom sięgnięcie po stołki.

Tak też zrobili. Demokratycznie, a jakże, przecież była zwołana rada powiatu, która w demokratycznym głosowaniu przegłosowała.

I tak pan B. stracił swoje kolejne miejsce Pracy. Bolesne to było, zważywszy, iż faktyczną przyczyną likwidacji zakładu wcale nie był brak pieniędzy w budżecie. Tak. W kulturze tak naprawdę nie brakuje pieniędzy. Brakuje tylko uczciwych polityków albo menedżerów, którzy kierowaliby się w pracy etosem służby, a nie karierowiczostwa za publiczne środki. Pan B. w niejednej placówce ćwiczył umiejętność przeliczania i ostrzył zmysł obserwacji, kiedy obliczenia nijak nie przystawały do tego, co widział. A widział przede wszystkim marnowanie pieniędzy. Potężnych pieniędzy. Przywłaszczenia, nepotyzm, prywatyzowanie, niewiedzę, nieumiejętne wykorzystanie, komercjalizację, obsadzanie kluczowych stanowisk sympatykami partii wpływowej na danym terenie.

Pracował kiedyś w dużym wojewódzkim mieście w wojewódzkim domu kultury. Zatrudnionych tam było na etatach ponad pięćdziesiąt osób. Połowa nie miała nic do roboty. I tak naprawdę nic nie robiła - tak, żeby coś realnie zmieniać w rzeczywistości, w życiu tego miasta i jego mieszkańców. Połowa pracowników dokonywała zmian nierealnych, czyli w papierach. Dzień w dzień: przerzucanie papierów, wypełnianie papierów, gadanie o papierach, przenoszenie papierów, wymienianie się papierami, tworzenie nowych, kserowanie starych, magazynowanie i aktualizowanie. A dyrektor jeździł w delegacje, tylko po hotelach czterysta złotych za dobę, jeździł na wczasy do Egiptu, które też były delegacją, tj. za budżetowe pieniądze, kupił sobie nawet na te wczasy bardzo dobry i drogi aparat fotograficzny, który oficjalnie był własnością domu kultury, a nieoficjalnie znajdował się w użytkowaniu rodziny dyrektora. Córka dyrektora jeździła do szkoły służbową taksówką. I wszyscy to akceptowali. Mruczeli pod nosem, ale akceptowali. Było to jedno z tych miejsc Pracy, z których pan B. musiał zrezygnować. Wytrzymał tam dziewięć miesięcy i odszedł. Inaczej krew by się polała. Bo wódki, która się lała, pić tam nie chciał.

Przez jakiś czas pracował też w Urzędzie Wojewódzkim. Tam wytrzymał jeszcze krócej. Jak ktoś szuka Pracy, a nie tylko Pensji, o którą nietrudno za nic - wystarczy mieć znajomości w odpowiednich placówkach i nic nie robić - to długo w takim urzędzie nie wytrzyma. Pan B. znajomości nie miał, nawet jakby się znalazły, to nie chciał korzystać, a przede wszystkim pragnął Pracować, pragnął realnie wpływać na rzeczywistość i czerpać satysfakcję z tego, że coś zrobił w świecie, w którym jest przecież tyle do zrobienia. A w Urzędzie Wojewódzkim mógł tylko nauczyć się tego, jak przeżyć dzień, by nic nie zrobić, oprócz wrażenia, że robi i zrobił wiele. Praca urzędników w Urzędzie Wojewódzkim polegała na przemieszczaniu się po urzędzie w celu zajęcia się czymkolwiek, bo z nudy czas rozciągał się do wieczności, a życie groziło przemienieniem się w martwe trwanie, które ciężko byłoby wytrzymać do piętnastej. W urzędzie jak w życiu - o Pracę ciężko. Bo Pracy jest mniej niż zatrudnionych urzędników. W odpowiedzi na tę potrzebę rozmnożenia Pracy - mnożą się specjalizacje. Przykładowo: jedna pani jest specjalistką od włączania ksero, druga specjalistką od podawania papieru, trzecia - od liczenia petentów, a czwarta - od tworzenia statystyk. I koniecznie jedna księgowa na jednego pracownika. A jak ktoś jest specjalistą do spraw bliżej nie dających się sprecyzować, to mianuje się specjalistą uniwersalnym.

I tak pan B. po raz kolejny stracił swoje miejsce Pracy.

Nadszedł ten czas, kiedy osiągnął granicę swojej wytrzymałości. Pozapadał się w sobie. Połykał go bezruch i stagnacja, tak jak woda połyka dziurawą łódkę. Coraz ciężej, coraz niemożliwiej było zachować normalny życiowy pęd. Przestał bywać w Rynku, na tańcach czy w knajpie. Przestał w ogóle chadzać gdzieś dalej niż poza najbliższe okolice swojego domu. A i to było szwędaniem się bez celu, bez pomysłu. Potem już coraz ciężej było mu pójść choćby do spożywczego po drugiej stronie ulicy. Aż pewnego razu odkrył, że nie jest w stanie wyjść z mieszkania, a nawet z pokoju, który akurat zajmował. I to niby nie była depresja. Bo nastrój miał raczej dobry. To był ten bardzo podstępny stan, jaki prędzej czy później dopada człowieka bez Pracy. Niby się nie smucisz, nic ci nie jest, znajdujesz sobie jakieś zajęcie, ale najlepiej w domu, najlepiej we własnym pokoju, a potem to już najlepiej we własnym łóżku, żeby w ogóle nie trzeba było się ruszać, żeby nie trzeba było podejmować trudu nowego dnia i jak najmniej doświadczać wysiłku istnienia. Bo przetrwać da się jakoś bezwysiłkowo, czyli bezboleśnie, ale żeby istnieć i zaistnieć, to trzeba mieć odwagę na ból, taki zwykły codzienny, jak to u każdego człowieka. A tu nie ma - im więcej człowiek przebywa w zamknięciu, tym więcej lęków w niego wrasta, najczęściej zupełnie fantastycznych. I ani sił, ani odwagi. Człowiek zostaje sam i goły. Więc coraz bardziej bezbronny. I tak koło się zamyka. Bardziej bezbronnemu jeszcze trudniej o siłę, bardziej bezbronnego łacniej dopadają następne lęki.

I w takim stanie ma człowiek pójść do urzędu Pracy? W takim stanie ma też chodzić od jednego pracodawcy do drugiego? W takim stanie musi odpowiadać na absurdalne pytania typu: dlaczego chce pan tej Pracy? Czy studia wyższe nie powodują, iż ma pan aspiracje na lepsze stanowisko niż sprzątaczka?

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl