bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.158.63.41
online:2

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część IX

Jasne więc, że gdy się z domu nie ruszał i humor miał taki dziwny, nieludzki, to pozrywały się jego wszelkie kontakty towarzyskie. Z całego serca chciałby o nie zadbać, ale ze wszystkich swoich sił tak bardzo nie potrafił. Żadnej motywacji. Choć kruszejąca potrzeba uczuciowa istniała. Edek nagabywał go kilkakrotnie, ale ileż można nagabywać drewniany kloc. W końcu każdy ostry język by się stępił. Mądre perory przyjaciela nie podnosiły na duchu, bo logiką i logicznymi wywodami niewiele się zdziała w momencie rzeczywistego zetknięcia z nagą prawdą życia. Co gorsza, naga prawda, pracowicie jak mrówki, zaczęła obłazić samego perorującego, który w końcu się zniechęcił i sam popadł w dziwne otępienie.

A i... ona. Ona nie przychodziła, bo przecież nie miała adresu. A pan B. na nią czekał, absurdalnie czekał, bo przecież wiedział, że ona nawet jakby chciała - w co głęboko wierzył i ta wiara stawała się powoli jedynym punktem zaczepienia pana B. w jego życiu - to nie mogła przyjść, bo nie wiedziała gdzie. Przecież zmieniał adresy jak rękawiczki. Ten, podawany przy takich okazjach jak na komendzie, był tak odległy, że niemożliwy. Przeklęty brak Pracy, przeklęta bezdomność, którą ów brak wymusza.

***

Tatuś kochał ją bardzo. Na to wyglądało, takie tworzyły się pozory. Bo w rzeczywistości kochał bardzo siebie, a że nie miał już żony i nikogo bliskiego oprócz niej i w ogóle nic nie miał w życiu oprócz niej i swojej Pracy, dogadzał jej we wszystkim, by zadowolić siebie jej zadowoleniem.

Nie wytrzymała, musiała wiedzieć, gdzie może znaleźć pana B. Pierwszy raz w jej życiu zdarzyło się spotkać faceta, który - pomimo tego, iż ona by sobie tak życzyła - nie dzwonił, nie nawiedzał, nie nagabywał. Pierwszy raz spotkała kogoś, komu prawie nic nie mówiła, a wobec kogo poczuła taką bliskość. Nie zdawała sobie sprawy, że dzięki swemu oniemieniu, mimowolnie pozwalała mówić jemu, a sobie słuchać. W ten sposób stawał jej się bliski, coraz bliższy, bo coraz bardziej wciągał ją do swojego świata. Trudno określić stan, w jakim znajdowała się w związku z tym doświadczeniem. Był to rodzaj oszołomienia, zauroczenia (nie, nie człowiekiem, a raczej życiem - jego możliwą urodą, sytuacjami, jakie stwarza, w jakich pozwala uczestniczyć), naelektryzowania. Musiała znowu go zobaczyć. Oczywiście, jak rasowa policjantka, po pierwsze sprawdziła adres, który podał na komendzie. Po raz drugi oczywiście - okazało się, iż był on zwietrzały, jak wszystkie jej dotychczasowe męskie znajomości. Nie pozostało nic innego, jak pofatygować ukochanego tatusia. Tatuś miał jakichś ważnych gości na głowie, potem jakieś śledztwo, sprawa przedłużała się. Ale w końcu jest, dostała adres, pod którym na pewno, jak gwarantowali kumple tatusia, przebywa obecnie pan B. A i ona przez czas poszukiwań nie próżnowała, kobieca intuicja podpowiedziała jej, co mogłoby go ucieszyć, co pomogłoby zdobyć jego życzliwość dla niej. Co mogłoby dać mu nowe życie. Praca. Miała dla niego Pracę.

- Mam dla ciebie Pracę! - wykrzyknęła, niezręcznie, prosto w twarz, kiedy otworzył drzwi, po piętnastu minutach jej oczekiwania i wytrwałego pukania.

- Wejdź - wyszło równie niezręcznie, nieuprzejmie, jakby wcale na nią nie czekał od wielu tygodni, jakby wcale nie był zaskoczony, że jednak udało jej się go znaleźć, że przede wszystkim chciała go znaleźć - jaką Pracę, co za Pracę ty możesz dla mnie mieć - aż się sam na siebie wkurzył, że taki był dla niej niegrzeczny, że oto spełnia się jego życzenie, żeby ona do niego przyszła, a on się tego boi i nie potrafi temu sprostać.

- Mogę nie mówić.

- Dobra, przepraszam. Mów, proszę.

I już jego odrętwienie topniało, już zaczynało być jak kiedyś, jak na początku, jak przed jego ostateczną katastrofą. Która notabene nie okazała się wcale ostateczną, bo oto pojawił się ktoś, kto przyniósł nadzieję, kto jest źródłem - i zaczęło się to panu B. coraz ostrzej przedstawiać, jakby ubrał odpowiednie okulary na krótkowidzące oczy - kto jest źródłem jego jednak możliwej szczęśliwości. Po raz kolejny, ale mimo to równie odkrywczo, uświadomił sobie, że nie ma ostatecznych katastrof. Człowiekowi wydaje się, że to już koniec świata, ale jednak okazuje się, że końca nie widać, że może końca w ogóle nie ma, bo ten pozorny koniec to jest tylko punkt zwrotny, takie przetrzymanie, żeby zebrać siły i zacząć budować nowy świat, skoro stary się zawalił. Banał, ale jego odkrycie zawsze napawało otuchą. Bo skoro nie ma końca, to nie ma się czego bać. Człowiek w swojej niedoli zaczyna czuć się bezpieczny albo - w gorszym wypadku - bezkarny. On nie nienawidził świata, więc czuł się po prostu bezpieczny. I jakże szczęśliwy, że ona przyszła, że ma dobre wieści, że przecież musi być lepiej i dość już tego nieistnienia w domowym zaciszu.

Załatwiła mu Pracę na umowę zlecenie. Cóż, nawet lepsza to forma niż umowa o dzieło. Niestety nie na długo, ale przecież na pewno coś się potem znajdzie, będą szukać razem. Jego zleceniodawcą miał się stać Zarząd Dróg i Komunikacji. Nie szkodzi, że nie ma wykształcenia w tym kierunku. W dzisiejszych czasach jest to niemalże normą - niezgodność wykształcenia z wykonywaną Pracą. Zresztą będzie pracował z grupą bezrobotnych architektów. Ale o co chodzi? No, będzie mierzył jakość, stan nawierzchni dróg i chodników miejskich oraz ich długość. Dużo chodzenia z takim kółeczkiem do mierzenia przemijających kilometrów przy jednoczesnym odręcznym nanoszeniu na papier typów uszkodzeń nawierzchni, ze wszystkim zapozna się w Robocie. Rodzajów uszkodzeń jest chyba ze trzydzieści, każde ma swój rysunkowy symbol. Potem tylko, już po wymierzeniu i zaznaczeniu tych uszkodzeń, trzeba zrobić w domu statystyki, poobliczać procenty, jakie one zajmują, powypełniać tabele, zajmie im to jakieś dwa tygodnie, pieniędzmi się podzielą, może liczyć na jakieś dwieście złotych.

Dwieście złotych... no cóż. Dlaczegóż by się nie zgodzić, lepsze to niż nic. Pieniądze może nie były tak motywujące, jak fakt, że w końcu coś się ruszyło, że czymś się zajmie, że ona go odnalazła, a to oznacza, że na pewno będzie lepiej.

Umówili się na wieczór, w knajpie, ona miała mu przedstawić nowych współpracowników i przede wszystkim korzystając ze sposobności - wodzić na pokuszenie. On nagle - wygłodzony - zaczął łaknąć ludzi, knajpek, rozmów, pomysłów, w pełni skorzystać z następującej właśnie odwilży, cieszyć się towarzystwem swojej jedynej najlepszej przyjaciółki i dawać jej, co tylko będzie chciała wziąć, czyli na razie - szukać okazji do popisania się przed nią swymi wieloma przymiotami.

Kiedy tylko udało się jej wyciągnąć od niego godzinę i miejsce następnego spotkania, wyszła, raczej nazbyt pospiesznie, ale pomyślała, że najlepszym sposobem na zdobycie męskiego serca jest zachowywanie pewnej tajemniczości. A on, po wielu dniach na pustyni - poszedł do kościoła. Lubił być częścią wspólnoty, jaką stanowi kościół, czuć się jednym z jej członków. Żeby być uczestnikiem społeczeństwa trzeba mieć odpowiednie zaplecze finansowe, nie każdego na to stać, zaś żeby być uczestnikiem kościoła można nie mieć nic. I to mu się bardzo podobało. Że jest takie miejsce również dla niego, z perspektywy życia doczesnego - niepotrzebnego. Chodził tam zawsze, gdy chciał podziękować za jakieś dobro, które go spotkało. Zawsze, kiedy był jakiś powód do chwały, a nie do niedoli. Niedoli, która mogła - jak mniemał - być obrazą dla Stwórcy, niegodnym obciążaniem Go. Więc, kiedy trwoga - uciekał od Boga, starał się Go nie fatygować. Zaś kiedy radość, to na Jego chwałę i cześć.

W kościele ksiądz opowiadał ciekawe rzeczy:

- My teraz zapominamy o tym, kto jest Panem historii. Że to wszystko, co się dzieje, to nie przypadek. Że losami świata, a zatem i naszego kraju kieruje Pan Bóg w swej wielkiej Mądrości. Tylko trzeba starać się pokornie dostrzegać pewne zależności... Wiecie, dlaczego w Polsce nie ma Pracy? W Polsce nie ma Pracy, bo tej Pracy się nie ceni. To znaczy niektórzy cenią, ale to nieliczni. Czemu się dziwicie? Jak przez pięćdziesiąt lat komuny ludzie pluli na Pracę, gardzili nią, liczyło się tylko to, który cwańszy i się sprytniej potrafi wymigać, to czemu się teraz dziwicie i narzekacie? Pamiętacie? - "Czy się stoi, czy się leży - dwa tysiące się należy". Sami żeśmy sobie to uczynili. Nie docenialiśmy Pracy, to jej teraz nie dostajemy. Pan Bóg zabrał nam dar, którym nie potrafiliśmy się cieszyć. Proszę bardzo - nie chciało nam się pracować, to teraz nie musimy czy nie możemy, nawet jakby poniewczasie nam się zachciało. Może teraz nauczymy się cenić Pracę, dostrzeżemy w możliwości pracowania, uczciwego, może nawet ciężkiego, szansę na prawdziwe życiowe szczęście, którego nie zapewnią żadne krętactwa, wymigi i obiboctwo. Pokarało nas. Tak jest, drodzy bracia i siostry, pokarało nas...

Pan B. opuścił kościół zasmucony - tym, że ksiądz miał więcej racji niż sam przypuszczał. Bo nie jest najgorsze to, że się nie ceniło Pracy przez pięćdziesiąt lat komuny, jeszcze gorsze jest to, że się jej dalej nie ceni. Ilu on spotykał krętaczy w swoim urozmaiconym życiu pracownika różnych instytucji, ludzi, którzy kurczowo trzymali się na swoich posadkach nic nie pracując, i nie pozwalając tym samym pracować innym, często młodszym, lepiej wykształconym, silniejszym i z niespożytą energią do tego, by pracować, zużywać się, służyć i tworzyć nową lepszą rzeczywistość! Ile jest w całej Polsce takich "psów ogrodnika", które wplątały się w zbyt dobre układy jeszcze w poprzednim systemie politycznym - którego jak wiadomo cechą dystynktywną było Wielkie Marnowanie - za dobre, by teraz straciły Pracę, chociaż powinny ją stracić, bo nic nie robią. A nieróbstwo, jak wiadomo, jest zaraźliwe. Bo jak jeden nie robi, to jego głównym zajęciem będzie, żeby drugi i trzeci, i czwarty, i enty też nie robił, to wtedy będą w swoim nieróbstwie bezpieczni. Ile instytucji w Polsce stoi zbudowanych tą zasadą? Ile publicznych pieniędzy idzie w ten sposób w błoto? Pieniędzy społeczeństwa, którego na to nie stać.

Dlaczego ludzie pozwalają ciągle robić sobie tę krzywdę? Dlaczego młodzi bezrobotni nie zrobili jeszcze rewolucyjnego przewrotu? Czyżby już zdążyli załapać bakcyla nieróbstwa...?

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl