bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.91.171.137
online:2

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część X

W knajpie było miło. Ale nic poza tym. Pan B. ze zdziwieniem stwierdził, że przestało go to kręcić. Że przestało go kręcić przesiadywanie po knajpach, wlewanie w siebie kolejnych browarów i gadanie o pierdołach. Że ani alkohol, ani towarzyskie kontakty, które w większej grupie są chyba zawsze powierzchowne, a nawet jak chwilami stają się głębsze, to zaraz królująca knajpiana powierzchowność je zalewa, że to, co dotychczas było jednym z najatrakcyjniejszych sposobów spędzania nie tylko wolnego czasu, przestało być atrakcyjne nawet jak się tego czasu wolnego ma do woli.

Może knajpy to są właśnie takie diabelskie chytre konstrukty? Człowiek tam przychodzi. Po co tam człowiek przychodzi? Bo pragnie kontaktu, potrzebuje go jak powietrza, kontaktu z drugim. Dostaje go. Ale oczywiście ciągły powierzchowny kontakt szybko by człowieka zniechęcił, więc od czasu do czasu knajpa zezwala na nawiązanie, przeczucie głębszego kontaktu, przedsmak realności, żeby go olśnić, zaczarować, żeby dać mu przeżyć coś, co go mocniej przywiąże. Ale szybko okazałoby się, że taki głębszy kontakt, który już dojrzał, który na dobre się rozwinął, że on wcale knajpy nie potrzebuje, żeby istnieć. I tutaj uruchamia się w odpowiednim momencie podskórny mechanizm pozwalający knajpom na długowieczne funkcjonowanie.

Otóż, knajpa pozwala na chwilowe, od czasu do czasu, zaistnienie między ludźmi czegoś głębszego niż tylko powierzchowne, miłe, wcale nie niebezpieczne, podtrzymujące nic nie znaczący kontakt słowny czy wzrokowy pitu-pitu, ale kiedy tylko pojawia się coś poważnego, coś sensownego, nowa jakość (która z czasem wyrośnięta w siłę, mogłaby rozbroić wszystkie knajpy w mieście - ignorancją, czyli pozbawieniem pieniędzy należących do tych, pomiędzy którymi coś faktycznie się zbudowało, którzy są potencjalnymi bywalcami), kiedy zaczyna nawiązywać się głębszy kontakt i ludzie mają poczucie, że oto dotykają tajemnicy istnienia, choć jeszcze nic nie rozumieją, ale już wiedzą, że dzieje się z nimi coś prawdziwego, że teraz tylko trzeba drążyć, żeby zrozumieć (że trzeba częściej w tych knajpach bywać), wtedy właśnie knajpa i wszystko, co nią jest, rozmywa, odrealnia, zagłusza to, co dopiero się pomiędzy ludźmi zaczyna kleić. Odwieczna dialektyka zbliżania się i zagłuszania - oto zasada, którą królestwo knajp stoi zbudowane. Knajpy obiecują ludziom kontakt, zwabiają do siebie tłumy, bo obietnica odpowiada prymarnej potrzebie, od czasu do czasu rzucą ochłapem prawdziwego kontaktu na wabia, ale w efekcie końcowym nie są zainteresowane jego zaistnieniem i podtrzymywaniem, bo im chodzi przecież o to, żeby ludzie ciągle go szukali, a szukając nieustannie się łudzili, że właśnie w knajpie przy piwie go odnajdą.

Mając powyższe na uwadze, pan B. bardzo szybko zaniechał wszelkich gestów, którymi mógłby sobie zjednać towarzystwo.

Na pierwszy rzut nawet się trochę sobą rozczarował. Gdzie się podział ten salonowy lew - zastanawiał się, bacznie i boleśnie siebie samego sobie uświadamiając. Siedział osowiały jakby coś przeskrobał, jak wydawało się Halince, dla której obserwacja była słabością zawodową - nawet podczas towarzyskiego spotkania była na patrolu. Architekci w ogóle na niego nie zwrócili uwagi - tak wydawało się jemu, w rzeczywistości bardzo przykuwał ich rozproszoną uwagę, bo ktoś, kto przycupnął milcząco w ruchliwym tłumie, jest pociągający jak oko cyklonu. Bez smaku sączył piwo, największą aktywność przejawił, kiedy omawiali Pracę. Kilka konkretnych pytań, kilka konkretnych odpowiedzi, wszystko to konkretne równoważniki zdań, wystarczyło mu, by poczuł, że tego wieczora nagadał się po wsze czasy. Żal mu było, że nie potrafi zająć się Halinką, widział, że jej jest żal, ale nie mógł wyzwolić się od poczucia bezsensu przejawiania w tym miejscu jakiejkolwiek aktywności, od poczucia, że wszystko jest jakby przysypane popiołem, nawet Halinka, choć taka piękna, to też przyprószona (co czyniło ją jeszcze piękniejszą - jak Królową Śniegu).

Potrzeba realności nabrzmiała w nim wystarczająco mocno, by przestał przejmować się konwenansami i pozorami. Zostawił ich wszystkich po jednym piwie i odszedł nie mogąc doczekać się dnia, kiedy dokona w końcu czegoś konkretnego, prawdziwego, czegoś, co nie zamieni się w popiół. Miał na myśli obiecaną Pracę.

***

Halinkę, obecnie swoją najlepszą przyjaciółkę, coraz lepszą przyjaciółkę, zaczął spotykać dość często - w Pracy, kiedy wreszcie nadszedł czas jej wykonywania. Ona patrolowała, on zgłębiał tajniki ulicznych bruzd. Chodził w parze, bo żeby sprawnie wykonywać zadanie zlecone przez Zarząd Dróg i Komunikacji, najlepiej było chodzić parami - jedna osoba jechała kółkiem odmierzającym metry bieżące, druga szła z kartką i notowała uszkodzenia i odcinki trasy, a zatem chodził w parze z taką dziewczyną po architekturze, która była w ósmym miesiącu ciąży. I dorabiała - w ósmym miesiącu ciąży! Każdemu normalnemu człowiekowi o przeciętnej wrażliwości ciśnie się natychmiast na usta nic nie rozumiejące: dlaczego? (I wielki żal obezwładnia serce, że nawet tej przeciętnej wrażliwości nie mają nasi parlamentarzyści; bo o właścicielach firm nie ma co wspominać - oni są przecież tylko sługusami Zysku, od nich się przecież nie wymaga, ale od przedstawicieli narodu... muszą być czuli na to, co ten naród męczy!).

- Wiesz, jak szłam na architekturę - opowiadała lekko sapiąc i postękując - to był jeden z najbardziej intratnych kierunków, mój wymarzony. Ciężko było się dostać, ale się dostałam. Drogie studia, duża inwestycja. No to się inwestowało, śniąc po nocach o własnym biurze projektowym za kilka lat, o realizacji własnych fantastycznych projektów. Nie dość, że moje różne pomysły, projekty podobały się ludziom. A tu klops. Żeby założyć własne biuro projektowe trzeba mieć nieosiągalny dla zwykłego absolwenta architektury kapitał albo układy. A najpewniej - to i to. W ogóle najlepiej to mieć jakieś powiązania rodzinne z lokalnym światkiem architektów. Czy to nie jest chore? Przecież to jest tak, jakbyśmy wcale nie żyli w demokratycznym kraju, tylko na dworze jakiegoś monarchy - co gorsza, na dworze monarchy bez tego monarchy, którego rządy zastąpiły samozwańcze i ścichapęk się odbywające rządy jego dworu, dwór się panoszy i ciągnie profity, i wciska ludziom kit, że to ich król jest dla nich taki dobry, król w wielu osobach parlamentarzystów, którego sami sobie wybrali. Nie wiem, czy rozumiesz, może trochę się zaplątałam z tą metaforą. Generalnie chodzi o to, że jak nie masz wujka czy matki architekta, to najwięcej, co możesz osiągnąć, to stać się kreślarzem za osiemset złotych miesięcznie w biurze projektowym nie-twojego wujka czy nie-twojej matki. Kreślarzem na lata, bez możliwości awansu, bo przecież starzy architekci i ich krewni nie dadzą się wygryźć. Ja nie chciałam się w to pakować. Zeźliłam się na ten cały mój wyuczony zawód i postanowiłam nie czynić go zawodem wykonywanym. Ale Pracę trzeba było znaleźć. Od lat miałam chłopaka, chcieliśmy założyć rodzinę. No i w ogóle, z czegoś trzeba żyć. Imałam się różnych dorywczych Prac, aż w końcu trafiła się niezła oferta, choć z zupełnie innej branży. Firma farmaceutyczna poszukiwała handlowca. A ja handlowcem bywałam już wcześniej, dorywczo w firmach budowlanych i meblarskich. Oferowali umowę o pracę, służbowy samochód. Zatrudnili mnie. Szło mi bardzo dobrze. Poczułam, że w końcu wygrałam los na loterii. Ale po pół roku, bez żadnych podstaw ku temu, powiedzieli, że jak chcę dalej u nich pracować, to mam kupić sobie własny samochód. No, okej. Jak się ma stałą pracę, to nie jest to aż taki problem. Tyle, że trzeba potem spłacać te złodziejskie procenty jakiemuś bankowi, którego dyrektor z tego tylko żyje, z tego okradania ludzi z ich wypoconych pieniędzy, zupełnie bez przyzwoitości. Kupiłam samochód na raty. To oni wtedy powiedzieli, że jak chcę dalej u nich pracować, to muszę założyć działalność gospodarczą i zmienimy umowę, moja świeżo założona firma będzie wykonywać dla nich zlecenie. Założenie działalności gospodarczej oznaczało, że nie mam płatnego urlopu wypoczynkowego, że sama płacę sobie ZUS i tym podobne, ogólnie zmniejszenie zarobków, więcej papierkowej roboty, żadnej ochrony prawnej. Ale nie miałam wyjścia, to była przecież propozycja nie do odrzucenia. Zaszłam w ciążę, byłam w szóstym miesiącu jak mnie zwolnili, to znaczy formalnie rozwiązali ze mną umowę. Zawiesiłam działalność mojej firmy, bo nie miałam z czego opłacać składek zusowskich i chorobowych, łącznie jakieś sześć stów. Rozumiesz, jak w takiej bajce na opak: jestem księciem, który nie zdobył królewny, królewny Pracy. Bo żeby ją zdobyć, to musiał spełnić jej trzy życzenia. Pierwszym było kupno samochodu - udało mu się; drugim założenie działalności gospodarczej - znowu mu się udało; trzecim wyrzeczenie się potomstwa - za późno, bo już był począł. No i teraz ja, niedoszły król Praca, łapię, co się nadarzy, z czegoś żyć trzeba. I nikt mi nie zapłaci za to, że urodzę dziecko, za to, że będę się nim zajmować, przedstawiciele narodu nie podziękują mi, że skutecznie zadbałam o tegoż narodu rozwój. I nie mam prawa do urlopu wychowawczego ani do żłobka i przedszkola. Z państwowej opieki nad dzieckiem mogą skorzystać tylko ci, którzy mają Pracę na umowę o Pracę. Jak robisz zlecenia albo dzieła to się nie liczy, to tak jakbyś nie pracował, więc wykonując je, możesz zajmować się jednocześnie małym dzieckiem. Co za bzdura, no nie? Wyobrażasz sobie, że ja tu teraz doginam z wózkiem przez to klejące od spalin powietrze nad ulicami? A muszę iść do pracy, jakiejkolwiek, bo przecież mam samochód do spłacania. Co miesiąc kilkaset złotych. Właściwie jego wartość już spłaciłam, ale jeszcze przez jakieś trzy lata muszę spłacać odsetki. Nie mogę tak po prostu przestać spłacać, bo mnie wsadzą za kratki. Chciałam ten samochód komuś dać, ale nikt nie chce, naprawdę za darmo. Tylko żeby wziął to spłacanie na siebie. Nikt nie chce, bo dostanie samochód już nie nowy, a w ratach musi jeszcze spłacić tyle, ile kosztowałby nowy. Przecież to żaden interes. I tak mnie właśnie w tej firmie wyciulali. Tak mi ta królewna Praca w tyłek całować się kazała... A ja tak im skutecznie nakręcałam lekarzy, żeby przepisywali leki tylko od nich...

No cóż, najchętniej byłby ją nosił, żeby się tak nie męczyła, ale było to niemożliwe - była uparta, energiczna, no i ciężka przede wszystkim, za ciężka.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl