bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.167.220.36
online:3

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część XI

Halinka stawała się przy niej jakaś zupełnie inna, wyraźnie tej biednej dziewczyny nie lubiła, choć ona była dla niej bardzo miła. To zadrwiła, to dokuczyła jej jakimś słówkiem, to wypowiedziała jakiś antykomplement odnoszący się do jej wyglądu w stanie, jak by nie było, błogosławionym. Dziwnym się to wydawało panu B., zazdrosna, pomyślał sobie, a myśl ta mile połechtała jego próżność, i współczuł ciężarnej, ale jednocześnie cieszył się, kiedy Halinka tak planowała trasę patrolu, by się na nich natknąć i przede wszystkim przecież spotkać jego, tego, którego widać obdarzała żywym uczuciem. Duma go rozpierała. Najchętniej byłby złapał mocno Halinkę i odjechał na tym kółku w różową dal, nie myśląc o niczym, tylko rozkoszując się obecnością kogoś tak kochanego.

Ale życie to nie jest wcale jeden wielki odjazd, jak myślą co poniektórzy. Życie to zobowiązanie - pielęgnowanie korzeni, dla tych, którzy chcą prawdziwego szczęścia, bo obiecujące trwałość budowy, jakiej się poświęci wszystkie wysiłki. I on tak naprawdę chciał trwałości, więc pragnął przede wszystkim pracować i romantyczne wybryki nie wchodziły w rachubę. Poza tym byłoby to kiczowate. A kicz, myślał sobie, jest bardzo pociągający, ale pusty, zupełnie pusty w środku. Zdaje się, że Halinka podzielała jego poglądy na romantyczność w życiu i to mu się bardzo w niej podobało - niewiele jest takich babek, uważał, on przynajmniej szukał już od wielu, wielu lat.

W Pracy - z dwóch tygodni zrobiły się dwa miesiące. Okazało się, że sprawa nie jest tak prosta, na jaką wyglądała we wstępnych wyjaśnieniach zleceniodawcy. Okazało się, że zleceniodawca nie potrafił dobrze wyjaśnić, o co mu chodzi, czy to z powodu nieumiejętności wyjaśniania, czy też z powodu niekompetencji pracowników, którzy kontaktowali się z grupą wykonującą zlecenie, i to było przyczyną przedłużania się Pracy w nieskończoność i marnowania wielkiej ilości czasu i energii. Gdyż niejednokrotnie już po dokonaniu niezliczonej ilości obliczeń procentowych i statystycznych okazywało się nagle, iż nie tak miało być to wszystko policzone i trzeba jeszcze raz zupełnie od nowa. Po dokonaniu nowych znów to samo. Zarząd Dróg i Komunikacji wypierał się tego, co wcześniej polecił. Albo coś przekręcił i źle przekazał pośrednik - niejaki pan Florek. Wszyscy stracili już serce do tej Roboty, ale nie mogli zbuntować się, bo nie dostali jeszcze ani grosza. A im dłużej siedzieli w tych papierach-do-ciągłej-poprawki, tym bardziej było im szkoda nie zakończyć tej Pracy, żeby dostać wreszcie swoją zapłatę.

Wyszło dwieście złotych za dwa miesiące. To jest za dwa tygodnie chodzenia po mieście i badań w terenie plus półtora miesiąca ślęczenia nad tymi samymi danymi przeliczanymi w różnych kombinacjach. Robota równie wartościowa, co przelewanie z pustego w próżne.

Nic dziwnego, że po tym wszystkim pan B. był nasycony Pracą po dziurki w nosie. Miał szczerze dosyć już nie tylko szukania Pracy, ale i samej Pracy. Ale cóż z tego, że miał dosyć! Czy kogoś to w ogóle interesowało i interesuje, że on ma dosyć?

Oczywiście bardzo chciałby spełnić swoje marzenia, do czego potrzebował stabilizacji materialnej, ale równie mocno nie chciał już pracować, szukać Pracy ani męczyć się na bezrobociu, nie chciał już mieć nic wspólnego z tym światem Pracy-bez-Pracy. Chciałby się odciąć, chciałby się schować, chciałby się zamknąć. Chciałby się uwolnić i stworzyć swój świat, oparty na zupełnie innych regułach - na wzajemnym szacunku, zrozumieniu, współodczuwaniu, życzliwości, świat, który dawałby mu to elementarne poczucie bezpieczeństwa i w który on mógłby się wpisać ze swoją elementarną wartością, w którym nikt by mu tej wartości nie odmawiał.

W dodatku już nie potrafił snuć się bezmyślnie po miejskich rozdrożach. Jak szedł, to od razu widział, co dzieje się z chodnikiem, co dzieje się z ulicą. Już nie potrafił spojrzeć na nie obojętnie. Widział dziesiątki uszkodzeń i ich graficznych odpowiedników. A to ubytek bitumiczny, a to "siatkowe", "fałdę", "łatę", pęknięcia podłużne i poprzeczne. Szybciej niż pomyślał, oceniał ich wielkość w centymetrach oraz położenie - odległość od krawędzi. Dopiero po wielu latach doczekał się dnia, kiedy przestał na to zwracać uwagę, bo miał już wtedy dużo ważniejsze przejścia za sobą.

I kiedy tak snuł się, intensywnie rozmyślając, po całym mieście w poszukiwaniu, ale już bez szukania, z nadzieją na rozwiązanie, ale już bez nadziei na Pracę, doznał olśnienia i aż sam się zdziwił, dlaczego wcześniej nie pomyślał, aby w ten właśnie sposób wyjść ze swego życiowego impasu.

Otóż, rozwiązanie, które przyszło mu na myśl, przyszło tak późno chyba właśnie dlatego, że było tak proste. Skoro nie może nigdzie znaleźć Pracy, skoro nikt go nie chce i jednocześnie skoro tylko Halinka go chce, to po prostu powinien pracować u niej. A najprościej, aby tak się stało, jest: założyć rodzinę. I Halinka będzie pracowała w tej swojej Pracy, a on będzie gospodynią domową i nianią gromadki ich dzieci. Genialne! Przecież to jest właśnie to długo oczekiwane rozwiązanie jego życiowego problemu, zawierające zarazem spełnienie wszystkich marzeń o znalezieniu bezpiecznej bazy przepełnionej wprost ludźmi, którym może się na coś przydać.

W te pędy pognał jej szukać. Niestety, nie odnalazł, miała jakiś wyjazd. Może i dobrze, zdąży się przygotować. Przecież będzie to, by tak rzec, jego najważniejsza rozmowa o Pracę, Pracę wymarzoną, ukochaną, wytęsknioną i najlepiej płatną, bo w tej monecie, której się nie da przeliczyć, najmocniejszym, ach, pieniądzu - tak, w galopującym tempie, przetaczały się przez jego głowę urywki myśli, szły jak iskry, czyniąc niebo bardziej gwiaździstym, świat lepszym, a życie szczęśliwszym.

Nazajutrz, ubrany w swój najlepszy szary garnitur, z wiązanką kwiatów pod pachą, wcześnie rano, przyczaił się przed wejściem na komendę, aby tam zaskoczyć Halinę swoją radosną, najradośniejszą, jak mu się zdawało, nowiną. Rozpierała go chęć życia połączona z wewnętrznym imperatywem uszczęśliwiania. Wydawało mu się, że trudne rozwiązania i skomplikowane problemy tak naprawdę w rzeczywistości nie istnieją, że sytuacje bez wyjścia, niejednomyślność, niezgodność woli - to tylko złudzenia z zamierzchłej przeszłości. Zobaczył, w swoim nawiedzeniu, rzeczywistość jako precyzyjną układankę, prostą, logiczną i dobrą dla wszystkich; zwidziało mu się, że tylko on w swoim zaślepieniu, zapomnieniu, ociężałości nie znalazł i nie dołożył tego ostatniego klocka, który uczyniłby obraz całości przejrzystym. Bez tego ostatniego klocka, który czekał tylko na jego ruch - całość wydawała się chaosem. Ale teraz już ma, teraz już wie - on z Halinką, powinni razem, i tak stworzą ów brakujący element rzeczywistości jego życia, który uczyni je ładnym, czyli pełnym ładu.

W końcu dojrzał swoją wybrankę biegnącą prosto na niego. Czyżby już wiedziała? Biegnie go uściskać, no jasne, przecież on przynosi rozwiązanie ich wspólnych udręk, kochana dziewczyna. Raptownie zatrzymała się przed nim.

- A co ty tu robisz? Przepraszam, nie mam czasu rozmawiać, jestem spóźniona.

Opadły mu wzniesione euforycznie ręce, ale nie poddawał się:

- Dziewczyno, stój.

- A co ty... Co ty tak do mnie dziwnie gadasz?

- No bo... Ja już wiem, poczekaj - ów słynny głęboki wdech. - Czy zostaniesz moją żoną?

- To ty poczekaj - oczywiście myślała, że robi jej od rana głupie żarty, ale, z jakiej okazji, nie mogła sobie przypomnieć, czy dziś jest jakiś dzień kobiet, a może policjantek. - Co ci strzeliło do głowy?

- Czy mogę prosić o twoją rękę? Tak lub nie.

Niestety, zauważyła, że jest zupełnie poważny. No to wpadłam, pomyślała sobie, ale ponieważ nie był pierwszym facetem, który jej się oświadcza, nie zrobiło to na niej większego, tak zwanego romantycznego, wrażenia i nie tracąc kontenansu starała się ratować sytuację, czyli status quo, jedyny możliwy dla niej do przyjęcia stan rzeczy.

- A nie może być tak jak jest?

- To ty nie chcesz być ze mną na zawsze?

Ojej, zaczynał być standardowy; jeszcze trochę, a zacznie ją na poważnie nudzić, przecież to zupełnie nie w jego stylu.

- Chcę, oczywiście, że chcę!

- No to pobierzmy się!

- Ale...

- Nie chcesz! Nie chcesz.

- Ale... chcę - musi skłamać, inaczej on odwróci się na pięcie i odejdzie w siną dal, tak się napalił na ten swój głupi pomysł. - Ale po co od razu te formalności?

- To nie są formalności czcze. To jest przecież decyzja. Założymy rodzinę. Dzieci muszą mieć zapewnioną stabilną sytuację.

Oho, robi się gorąco. Dzieci? Tak głęboko to jeszcze nikt nie wpadł. Co robić? Co robić...?

- Ale...

- No?

- Ale czemu od razu: dzieci?

- Halinko... kochana... ty nie chcesz, żebyśmy mieli dzieci?

- Chcę, oczywiście, że chcę. Ale może...

- Tak?

Chyba należy sięgnąć po boleśniejsze argumenta, inaczej jej miły nie zrezygnuje ze swoich podstępnych planów, których nie jest dla niego w stanie zrealizować, nawet jakby chciała. Bo nie chce przecież, by on zrezygnował z niej.

- No wiesz, może poczekalibyśmy z tym wszystkim aż... no wiesz...

- Nie... nie wiem...

- No aż... przepraszam, że ci to mówię, ale sam chcesz - aż znajdziesz pracę, co?

- Ja myślałem... Ale skoro tak...

No dobrze, masz rację. Znajdę. Zobaczysz.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl