bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.81.110.114
online:1

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część XII

Kiepsko zaczął się ten dzień. A i reszta wcale nie zapowiada się lepiej. Spóźnia się do Pracy, a jest to chyba najgorsza rzecz, jaka może się człowiekowi przydarzyć, brrr, nie cierpi tego, potem przez cały dzień uwiera ją to spóźnienie, nie może pozbyć się poczucia, że coś nie tak, jest jej zupełnie niewygodnie, niewygodne jest krzesło, niewygodny samochód, niewygodni koledzy, niewygodni petenci, a najniewygodniejszy wzrok szefa.

Nie dość, że się spóźnia, a samo to wystarcza, żeby mieć spieprzony humor do wieczora, to jeszcze ten B. Ukochany, ale jakże upierdliwy. I co mu w ogóle strzeliło do głowy! A tak im się dobrze układało... I on teraz chce to wszystko zniszczyć. On chce dzieci! Czy ona jest jakąś fabryką od dzieci? Nie i nie. I nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, że są razem. I żeby być razem, wcale nie potrzebują mieć dzieci, po co to komu. Właśnie. To, że ona nie może mieć dzieci, nie jest powodem, by zrywać. Nie znaczy to wcale, że jest jakaś gorsza. Więc mu nie powie, żeby nie robić mu przykrości, ale to nie znaczy, że ukryje przed nim coś ważnego.

Takie to ponure myśli wypełniały śliczną główkę serdecznej prześladowczyni pana B., kiedy ponurym krokiem zbliżała się do ponurego dworca głównego wykonać swoją ponurą robotę - przeganianie bezdomnych. Trzeci powód, aby pragnąć, by już rozpoczęty dzień nigdy się nie zaczął.

Takie miała zadanie: pilnowanie, aby dworzec był czysty. Tych z góry to nic nie kosztuje, ale ona - wysiadała psychicznie. Więc, żeby nie wysiąść do końca, musiała uwierzyć w to, że ci ludzie, wymęczeni, chorzy, niedożywieni, którym każe odejść, a raczej wypieprzać, są istotnie gorsi, są w mniejszym stopniu ludźmi niż ona sama. Sąd nie do racjonalnego obronienia, ale emocjonalnie - niezbędny. Inne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy, nad innym rozwiązaniem w ogóle nigdy się nie zadumała. Czy ktoś u niej w Robocie wymagał wynajdowania nowych rozwiązań? Twórczego myślenia? Czy ktoś oczekiwał od niej, że będzie postępować tak, aby wilk był syty i owca cała? Nie. Ona miała zadbać tylko o wilka.

- Mirek, proszę stąd iść, no już, wypieprzaj. Ostatnio o tym gadaliśmy, wiesz, że nie wolno ci tu spać! - wrzeszczała w twarz człowieka, twarz, której nie było widać, ukrytą, a może nieistniejącą za gęstwiną żółtawo-siwych włosów.

- Uhmau - odpowiadał w swoim bezdomnym narzeczu Mirek i machał ręką, jakby przeganiał gołębia, który chciał przysiąść na jego brodzie, by wydziobać resztki wczorajszego posiłku.

No i nie ruszał się. No i znowu trzeba było wziąć go pod ręce, wąchać ten smród, wywlec przed dworzec, kopnąć w dupę, i "ariwederci złotko" - tak zawsze mówiła na końcu, aby poprawić sobie nastrój. A "złotko" Mirek, Wacek czy Kaśka, podnosiło się jakoś, szło parę metrów dalej i siadało, albo odchodziło, by wrócić dopiero na noc, albo już nie wracało, bo kończyło w czarnym worku. Syzyfowe prace, można by rzec. Dlatego ich nie lubiła.

A dziś szło ciężko, pod górę bardziej stromą niż zazwyczaj. Bezdomnych z tuzin, a już po pierwszym czuła, że musi przysiąść, że nie da rady. Przysiedli więc z kolegą współpatrolującym, na ławce na peronie. Na sąsiednim, dokładnie na przeciwko nich, siedziała jedna z bezdomnych, ale nie na ławce - na ławkach nie wolno im siadać, ławki są dla podróżnych (tak jakby oni podróżnymi nie byli, tak jakbyśmy nie żyli w czasach, w których rasistowskie zagrania są niemodne) - przycupnęła na jednym ze swoich licznych tobołków. Starowinka, nowa chyba, nie znali jej. Wyglądałaby na jednego z podróżnych, jeszcze nie zarośnięta bezdomnością, nie zużyta życiem na dworcu, gdyby nie to, że tobołków miała pokaźną kupę, na oko z trzy razy więcej niż była w stanie udźwignąć i to, że najwyraźniej nie spieszyło jej się donikąd, że gołym okiem widać było, iż jest u celu swej podróży - w tak nienadającym się na ten cel miejscu, jakim jest dworzec. Starowinka rozejrzała się, ogólnie zadowolona. Wyciągnęła białą, wyprasowaną ściereczkę. Rozłożyła. Rozejrzała się zadowolona. Niespiesznie zanurzyła rękę w jednym z tobołków i po dłuższej chwili wyłowiła czystą szklankę. Ale czystość widać nie była zadowalająca, więc sięgnęła do innego tobołka i stamtąd wyciągnęła drugą czystą i wyprasowaną ścierkę. Rozejrzała się zadowolona. Dokładnie i długo pucowała czystą szklankę czystą ścierką. Szklankę położyła na uprzednio rozłożonej nieskazitelnie białej ściereczce. Rozejrzała się zadowolona. Jej oczy śmiały się, a niezliczone zmarszczki na twarzy wyrażały takie zadowolenie, z taką lubością przeżywane, z którego tak trudno zrezygnować, co do którego chciałoby się, by trwało wiecznie. Któremu starowinka, siedząc wygodnie w milczeniu, mówiła: chwilo trwaj. Ale wszystko, co dobre zmierza do swojego końca, więc starowinka zmuszona była wykonać następny ruch. Wetknęła rękę do innego tobołka i wyciągnęła puszkę piwa. Potrzymała trochę tę puszkę, rozglądając się zadowolona. Otworzyła, podniosła szklankę w drugiej ręce i nalała do pełna. Odstawiła puszkę, uniosła szklankę i patrzyła na nią zadowolona. To trwało długo. Tak długo, aż patrząca na to Halinka poczuła intensywny dyskomfort i zachciało jej się pić. I nagle starowinka jednym zdecydowanym gestem przechyliła szklankę i wlała piwo w gardło, z nieopisanym smakiem, na trzy duże łyki. Skończywszy, rozejrzała się zadowolona.

- Z czego ona się tak, kurwa, cieszy, chodź, zrobimy z nią porządek, przecież nie wolno tu pić - przerwała odpoczynek Halinka, tak raptownie, że aż jej kolega zakrztusił się dymem.

- Co jest, o co ci chodzi, palę jeszcze - on nie miał zamiaru nawet drgnąć, zadowolony ze smaku swego papierosa.

- Wstawaj, tam po drugiej stronie pijana baba! - Halinka była jedyną niezadowoloną osobą w tym towarzystwie i aż nosiło ją, żeby jakiekolwiek istniejące na świecie zadowolenie zniszczyć. Zasada Królowej Zimy, która organicznie nie była w stanie strawić ciepła życia, sama będąc tego życia pozbawioną, mroziła wszystko żywe dookoła, co tylko znalazło się w jej zasięgu. Tak, Halinka miała dziś zły dzień, dzień Królowej Zimy.

Starowinki łatwo nie dało się usunąć - miała dużo bagażu i była uparta, ze Wschodu chyba. Po półgodzinnej pyskówce, gęsto przetykanej łaciną, Halinka była gotowa odpuścić i zostawić staruszkę w spokoju, gdyż już była osiągnęła swój cel: zniszczyła jej zadowolenie i to spowodowało, że sama poczuła się zadowolona, ale jej partner czuł się w obowiązku wprowadzić porządek w tę nieracjonalną, chaotyczną działalność koleżanki. Spisali zatem starowinkę i obsypywani przez nią niewybrednymi przekleństwami - wyprowadzili z dworca na granicę swego rewiru (byli bezradni, cóż więcej mogli zrobić, za wezwanie radiowozu nieźle oberwaliby od szefa), wynieśli jej tam wszystkie tobołki, umęczyli się strasznie, bo czynienie zła męczy, po tym między innymi można je rozpoznać. I po tym, że jest absurdalne, tak jak podjęte przez nich działania.

- Niech idzie w cholerę, niech wszyscy idą stąd w cholerę, do Roboty, Roboty szukać i żyć jak ludzie, a nie wylegiwać się po dworcach i nam życie utrudniać - wyrzucała pod nosem, kiedy odchodzili po skończonej akcji.

***

Kiepsko zaczął się ten dzień i dla pana B. Dostał kosza swego życia. Osiągnął dno. Ale właśnie z tego, o dziwo, wzięła się energia, z którą był podjął następne pożądane działania. Osiągnął dno i dobre w tym było to, że to było dno. Bo od dna można się odbić i już iść tylko wyżej. Tak przynajmniej on to, co się działo, rozumiał. Przemyślał po raz enty, ale zupełnie na świeżo, co może zrobić w celu znalezienia Pracy, gdzie może jej jeszcze szukać i wziął się do Roboty. Nie było w tym zmęczenia, a to chyba dzięki temu, że robił to dość mechanicznie, automatycznie. Uczuć miał już dosyć. Uczucia trzeba było wyplewić i zamknąć w szczelnym worku, niech czekają lepszych czasów. Zostało w nim tylko coś w rodzaju zasilania awaryjnego - resztki poczucia godności własnej i ambicja, która się z tego poczucia bierze. Pomyślał sobie, że jeszcze tej głupiej babie pokaże. Może dlatego było mu tak lekko w tym ponownym szukaniu Pracy - ponieważ celem, motywem, nie było jej znalezienie, ale pokazanie, udowodnienie, że on jest wart kogoś drugiego, nawet jej.

Pierwszego dnia kupił gazety, poczytał, podzwonił, nic z tego, jak zwykle, nie wynikało. Poszukiwani byli fryzjerzy i farmaceuci. No i oczywiście nade wszystko - panie do towarzystwa. Można też było zgłosić swój akces na platformę wiertniczą lub zająć się adresowaniem kopert. Właściwie nie adresowaniem, tylko dostarczaniem pieniążków na konto spryciarza, który udaje i mami biednych potrzebujących, że ma Pracę. Ma i da. Tylko trzeba wpłacić coś. Praca stała się na rynku towarem poszukiwanym przez wielu. Więc od razu znaleźli się obrotni, którzy potrafią nawet takim towarem zahandlować. Nawet nie towarem, a jego wizją. Ponieważ często ofertom Pracy do kupienia nie odpowiada nic rzeczywistego, tak naprawdę nie ma tej Pracy, ludzie mogą sobie kupić tylko nadzieję na nią. W końcu żyjemy w epoce, której paradygmat określa hasło "wszystko na sprzedaż". Drugiego dnia wziął się za książkę telefoniczną. Dokonał przeglądu wszelakich instytucji, w których potencjalnie mógł się na coś przydać. Przez telefon nie dało się załatwić Pracy, więc trzeci dzień poświęcił na formułowanie atrakcyjnego curriculum vitae i listów motywacyjnych, z którymi zaczął dnia czwartego obchód po uprzednio wybranych instytucjach. Było tego dużo w mieście, a on się zaparł, więc przeciągnęło się to do dnia piątego, choć już po czwartym wiadomo było, że nie tędy droga. Szóstego dnia pojechał do Urzędu Pracy (to brzmi dumnie) wystać rejestrację w stuosobowej kolejce oraz sprawdzić oferty. Poszukiwani kucharze, barmani, ślusarze, nauczyciele wuefu (ech, trzeba było robić ten awuef) i matematyki. To nasunęło mu myśl, by zakręcić się przy szkołach. Przeformułował curriculum vitae oraz list motywacyjny i poświęcił temu dzień siódmy poszukiwania swojej Pracy. Wszędzie to samo - raczej nie, a nawet jak pojawia się sekundka zainteresowania jego ofertą, to "oddzwonimy". On już dawno się nauczył, by nie robić sobie nadziei, kiedy inni mu ją robią, a tylko wówczas, gdy stan faktyczny na nią pozwala. Ale nawet, jakby faktyczny stan pozwolił - on przecież tymczasowo trzymał się z daleka od wszelkich emocji. Metodycznie i wytrwale, to znaczy mechanicznie i nierozumnie, na ślepo brnąć do przodu, jak zwierzę. Jak wielu ludzi bez Pracy tak potrafi?

Po siedmiu dniach spędzonych na ciężkiej Pracy w poszukiwaniu Pracy nie miał nic, oprócz potwornego zmęczenia, ba, wycieńczenia, można by rzec całego organizmu. Ciężka jest walka o byt takiego miejskiego zwierzęcia. Bliski był rozklejenia zupełnego. Czuł, że jest tysiącami drobnych kawałków ledwo trzymających się kupy i jak usłyszy jeszcze jedno nie od któregoś z Dawców Pracy, to ostatnie, grubości pajęczej nici, spoiny rozerwą się i tysiące kawałków rozsypie się na bruk i powpada pomiędzy kamienne kostki i już nigdy wszystkich nie odnajdzie. Bał się tego strasznie. Nie wiedział, co to będzie oznaczało. Czy jak się to stanie - czy to będzie śmierć? Czy może dostanie świra? Był, jak to się mówi, na granicy (wytrzymałości).

I tak nadszedł dzień ósmy. Tego dnia postanowił pójść przed siebie i w terenie poszukać okazji. Bacznie przyglądać się sklepowym witrynom, słupom ogłoszeniowym, pogadać z ludźmi. Może coś go zainspiruje i zaimprowizuje na miejscu. Cóż innego mógł zrobić. Nastawił się wewnętrznie, że tego dnia skończy poszukiwania. Skończy, bo znajdzie Pracę, albo znajdzie się w wariatkowie, obojętnie, ale w końcu się to skończy. To wprawiło go nawet w dobry humor. Jego pierwszym pomysłem tego dnia było zostać sprzedawcą w księgarni. Fajna Robota. Masz dostęp do książek, jakie sobie tylko wymarzysz. Między jednym a drugim klientem możesz zapoznać się z nowościami. No, Praca jak marzenie. Widać nie było mu sądzone tego dnia oszaleć, bo już w trzeciej księgarni zainteresowali się nim i za dwie godziny miał mieć rozmowę z kierownikiem.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl