bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.81.44.140
online:1

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część XIII

Kierownik był szalenie miłym człowiekiem. Odnosił się do człowieka bez Pracy z dużym szacunkiem, pan B. dawno takiego nie doświadczał. Martwił się, czy warunki będą mu odpowiadać, czy pensja nie za niska, czy zakres obowiązków nie za wielki. Panu B. wszystko odpowiadało, ba, mało powiedziane – radość go rozpierała. Kierownik oferował etacik i po przejrzeniu curriculum vitae oraz krótkiej rozmowie o trudnych doświadczeniach pana B., gotów był dać mu tę Pracę. Pan B. siedział jak na szpilkach, bo wiedział, że nie wypada rzucać się przyszłemu szefowi na szyję, choć tak bardzo ciało się do tego wyrywało. Miał dostać posadę sprzedawcy. Po kilku latach studiów i kilku latach bezrobocia, a raczej stanu bliżej nieokreślonego kołatania się od fuchy do fuchy, spotkał go ten zaszczyt. Posada. Sprzedawca. No cóż, to drugie trochę gorzej brzmiało. A już zupełnie najgorsze w tym było to, że on naprawdę myślał, że to zaszczyt i odczuwał to jako zaszczyt. Pracę sprzedawcy w jednej z dziesiątek księgarń, po szkole, która przygotowywała do trochę trudniejszych zadań. Najgorsze, że on już przestał rozróżniać, co jest normalne, a co nie. Że chore już nie było chore, tylko zbawcze. Ale po ostatnich przypadkach każdy by mu powiedział, że jest szczęściarzem, że w końcu spotkało go wielkie dobro, że ostatecznie ma porządną Pracę.

Propozycja była taka: dostanie etat, ale w najniższym z możliwych wymiarze z adekwatną do tego założenia płacą – najniższą z dopuszczalnych. Resztę godzin i niemal połowę pensji będzie wyrabiał na zlecenie. Tak zatrudnieni byli wszyscy pracownicy – oczywiście ci szeregowi – księgarni. Chodziło o ZUS, o to, żeby płacić najniższą z możliwych składkę. Więc kierownik sprytnie wykombinował, żeby zatrudniać za najniższą pensję. Ale nie można było płacić ludziom sześćset czy siedemset złotych za pracę od 8 do 20, więc reszta była zleceniem wykonywanym przez pracowników etatowych. Chodziło o wykiwanie tego molocha, jakim jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych, ale oczywiście uderzało to przede wszystkim w Bogu ducha winnych, bezbronnych, niezrzeszonych, nieuczepionych żadnej struktury, szeregowych pracowników. To oni pracując po dwanaście godzin sześć albo siedem dni w tygodniu, pracowali na emeryturę najniższą z możliwych. Czy ktoś się burzył? Czy ktoś podskakiwał? Nie. Mało tego, większość była w takiej euforii, jak pan B.

Ponieważ chwilowo stał się człowiekiem z Pracą, można zakładać rodzinę, budować dom, sadzić drzewo, pomyślał (ciągle w euforii). Oczywiście nie zdawał sobie sprawy z chwilowości swego stanu. Ciągle mocno doświadczany nie oduczył się jednak do końca naiwności, naiwnie ufnego stosunku do naszych porządków społecznych. Wydawało mu się, że złapał złotego cielca za ogon. Że jest panem sytuacji. Że wygrał los na loterii. Że jest królem życia. Wydawało mu się, że Halinka pójdzie za nim. Wydawało mu się, że już jest jego. Że to, co robi jest dobre i wartościowe...

Rozpoczął nową Pracę już następnego dnia. Jego obraz tego typu Pracy okazał się całkowicie pozbawiony rzeczywistych cech. Spodziewał się miłego przesiadywania za ladą i zapoznawania z nowościami wydawniczymi przy kawie, w ciszy i samotności. Spodziewał się kulturalnych rozmów – wymiany subtelnych wywodów – z klientami, wielbicielami literatury. A tu okazało się, że przez dziesięć godzin nie miał ani jednej chwili, którą mógłby poświęcić choćby na zjedzenie kanapki. Ganiał nieustannie przenosząc ciężary, obsługiwać też musiał w pośpiechu, radząc sobie ze zdenerwowaniem i nieuprzejmością ludzi. Kierownik był ostry i niezadowolony. Ciągle niezadowolony. Po pierwszej rozmowie zupełnie nie do poznania, okazał się typem niezrównoważonego maczo z zacięciem sadystycznym w stosunku do tak zwanych swoich.

I tak mijał dzień za dniem. Pan B. starał się bardzo, bo był na okresie próbnym, umowę podpisał na trzy miesiące. Od pierwszego dnia myślał, żeby zajść do Halinki, zabłyszczeć, ale od pierwszego dnia – nie miał czasu. Nawet w niedzielę – księgarnia hulała, nie było odpoczynku. Pomyślał, że poczeka do końca miesiąca, do wypłaty i wtedy spotka się z Haliną, kupi jej coś ekstra, weźmie na wystawną kolację. Ona zgodziła się. Zaznaczyła ostro, żeby nie robił sobie nadziei, ale że go lubi, to się chętnie z nim zobaczy. Właściwie nie wiadomo było, czy są ze sobą, czy też nie. Pan B. nie był w stanie załatwić sprawy po męsku. Nie przyznawał się do tego głośno, ale jego poczucie wartości tak intensywnie ucierpiało ostatnimi czasy, że nie śmiał stawiać rzeczywistości, swojemu życiu, innym z nim związanym – nie śmiał stawiać żadnych warunków. Nie był w stanie aktywnie kształtować swojego życia. Jedyna nadzieja, że nie zniknie przytłoczony uwarunkowaniami zewnętrznymi, że nie przeistoczy się w oniemiałą funkcję skażonego systemu, była w tym, że spotka kogoś, kto weźmie za niego odpowiedzialność, kogoś, kto nie zechce go wykorzystać, kogoś, kto go nie zniewoli, a uwolni od wszelkich ciężarów, które zmuszony był dźwigać i od tego najcięższego – własnego losu nie do zniesienia. Kogoś, kto się o niego po prostu zatroszczy. Raczej wątpliwe było, czy kogoś takiego uda mu się spotkać, bo to przecież musiałby być ktoś święty. Wybranka serca raczej nie należała do tego typu osób. Była rozpieszczaną królewną, której od urodzenia służyła cała komenda, nastawioną na używanie i udowadnianie istnienia wielu własnych przymiotów. Bez brania odpowiedzialności za własne czyny. Sterylizacja – to był właśnie jej styl. Nie umiała, bo nie chciała ponosić konsekwencji, więc nauczyła się choć tyle: by im zapobiegać, jeśli tylko w jakiś pokrętny sposób jest to możliwe. I wydawało jej się, że to jest właśnie dojrzałość. Jej matka odeszła od ojca i dla niej płynęła z tego taka nauka: nie wiązać się z facetami, bo skoro nie jest się w stanie zagwarantować, że się z kimś wytrzyma, to po co robić takiemu facetowi nadzieję, a potem krzywdę. Oczywiście przykład matki mówił jej jasno, że nie jest się w stanie niczego gwarantować. Nawet miłości i wierności własnym dzieciom. Więc po co je rodzić? I tak dalej, i tak dalej – to jedno odejście wystarczyło, by to, co ludzkie, to, co stanowiło o wyjątkowości człowieka w przyrodzie, utraciło w jej życiu, w życiu porzuconego dziecka, swój sens.

Pan B. miał oczywiście zupełnie inne wyobrażenie o pięknej i urzekającej – o swojej Halince. Zresztą nawet jakby ktoś mu to wyobrażenie skorygował i objawił nagą rzeczywistość, nic by to nie dało. Człowiek bez Pracy był typem wiernego do końca i to wbrew absurdowi wierności w niektórych przypadkach. Pewnie dlatego też tak dobrze i tak długo potrafił się trzymać bez Pracy. Wierność wobec istnienia i jakiś taki obłąkańczy optymizm, jaki się z tym wiązał – to powodowało, że mimo ciosów w same fundamenty jego funkcjonowania w społeczeństwie, ostatecznie jednak nie upadł. Chociaż, nie da się ukryć, bezwzględna realność robiła mu niezłe pranie mózgu i pan B. co prawda nie upadł raz a dobrze, ale powoli, bardzo powoli zanikał, wysączał się z siebie cienką, niezauważalną strużką, zachowując własną zewnętrzność, ale nie umiejąc zachować własnej tożsamości. To prawda, że był ciągle w ruchu, ale niezauważalnie zmieniał się kierunek tego ruchu: coraz mniej żył, a coraz bardziej był żyty.

Po miesiącu spotkał się z Halinką. Kupił jej pierścionek z brylantem, który chętnie przyjęła naśmiewając się przy tej okazji z instytucji małżeństwa. Udawał, że nie słyszy, a może nie chciał słyszeć, więc nie słyszał i w miejscu, w którym powinny były nastąpić oświadczyny, jak to zwykle bywa przy okazji dawania pierścionków z brylantem, on krzyknął:

– Mam Pracę – zupełnie tak samo, jak ona kiedyś jemu, kiedy jeszcze się nie znali, ale chcieli tego bardzo i ona przyszła wyciągnąć go z jego zacisznego miejsca dołowania i uratować. I zupełnie tak samo, jak wtedy ona – tym razem on spotkał się z niezasłużenie oziębłym przyjęciem. Tym razem ona udawała, że nie słyszy, bo słyszeć nie chciała. Przez jej głowę przelatywały myśli w stylu następującym: Muszę go zniechęcić. Nie, nie zniechęcić, ale utemperować. Szkoda byłoby go stracić tak zupełnie, ale po co mieć go tak całkowicie... Że też musiał się uczepić tego pomysłu z małżeństwem i dziećmi... W końcu musiała coś powiedzieć, coś dyplomatycznego i wyważonego.

– Skoro już masz Pracę, rozumiem, że twoja propozycja pracy u mnie na stanowisku mojego męża jest już nieaktualna...?

– No jak to...? Ale ja przecież właśnie dlatego mam Pracę...

– Dobrze. Ale wiesz, jesteś na okresie próbnym, trzeba poczekać – na jakie tortury psychiczne go skazywała, nie była świadoma, ale intuicyjnie celowała właśnie w tym kierunku. Nie przyszło mu do głowy, że z premedytacją nie dawała mu wsparcia, jednocześnie tę premedytację zręcznie ukrywając, aby utrzymać go przy sobie, ale w bezpiecznej odległości.

Pan B. już nie wiedział, czy to dobrze, czy nie, że ma Pracę. Człowiek bez Pracy jest słaby. Człowiek bez Pracy traci orientację, traci rozeznanie, traci fundamenty. Człowiek bez Pracy przypomina pod tym względem człowieka z lekkim upośledzeniem umysłowym – nie ma zdolności do samodzielnego osądu. Jest podatny na wpływy innych, jak mu kto powie, tak on – pogrążony w wiecznych wątpliwościach odnośnie do własnej wartości – uwierzy. Choć niby swoje wie, przecież uczył się całe swoje dotychczasowe życie, co sądzić o niektórych sprawach, to jednak po wielu porażkach, jakich doznał, gotów jest uwierzyć każdemu innemu, tylko nie sobie. A jeszcze jak ten inny ma Pracę...!

– Tak, to tylko umowa próbna, ale będę tam pracował i potem. Zobaczysz. Mam przecież etat, ty rozumiesz, mam stałą Pracę, chcieli mnie, jesteśmy blisko, już niedługo będę ciebie całkowicie godny.

– Ależ to nie o to chodzi. Ty jesteś mnie godny, jak to nazywasz, i teraz. Tylko, że tak poważne przedsięwzięcie, jak rodzina, wymaga... – i tu zająknęła się, bo... nie wiedziała, czego wymaga. Wiedziała, że jak tak powie, to będzie dobrze brzmiało, to będzie w jego stylu, wiedziała jak powiedzieć, żeby uderzyć w jego czułe struny poważnego traktowania życia, tylko nie wiedziała, co powiedzieć.

– Ciii, już nic nie mów, ja wszystko wiem – odpowiedział jej na to pan B.

Widać jak bardzo do siebie pasowali, doskonale się uzupełniając.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl