bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.196.5.241
online:1

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część XV

Stała nałogów utrzymuje się na tym samym poziomie przez całe życie. Jak nie palenie, to picie, jak nie picie, to karty, jak nie karty, to esemesy, jak nie esemesy, to słodycze, każdy ma coś, co chorobliwie lubi. Pan B., żeby funkcjonować jakoś w świecie, w którym przyszło mu żyć i musieć umieć przeżyć, musiał polubić szukanie Pracy. Właściwie nie polubić a uzależnić się od tej czynności. Bo jakoś normalnie to polubić się tego nie da. Tu musiała nastąpić jakaś patologiczna zmiana. A jak zabrakło mu szukania, bo znalazł, przerzucił swoją nadaktywność – rozbudzoną koniecznością ciągłego szukania, która teraz nierozładowana dotkliwie uwierała – w sferę samego pracowania.

Chorobliwie pracował. Chorobliwie z dwóch powodów. Nie chodziło tylko o ilość. Chodziło też o pewną nieracjonalność. Niby pracował dużo, bez przerwy, ale często spóźniał się do Pracy – tej swojej podstawowej, w księgarni. Spóźniał się albo nagle wychodził, bo musiał kupić gazetę z ogłoszeniami, albo przejść się po mieście i popytać (o pracę oczywiście). Albo zupełnie nic nie robił, siedząc osowiale w kąciku na zapleczu i wgapiając się w przestrzeń. Na początku mówił, że się źle czuje, że musi chwilkę odsapnąć, i tym podobne. Ludzie kryli go przed szefem, bo każdy rozumiał, współczuł, litował się. A w rzeczywistości chodziło o to, że pan B. nie czuł, że Pracuje. I to go kompletnie rozwalało. Nie czuł, że ma Pracę. Nie mógł się odnaleźć, nie potrafił umościć sobie miejsca w tym, co było przecież jego upragnioną przystanią, miejscem w-końcu-odpoczynku, jego zrealizowanym wieloletnim marzeniem. Ale czy to jest tak, że kiedy marzenie się realizuje, to faktyczne ma się świadomość tej realizacji? Kiedy droga wiodąca do urzeczywistnienia marzenia była na tyle skomplikowana, że uczyniła z pana B. innego człowieka, tak że na jej końcu realizacja jego niegdysiejszego marzenia stała się realizacją marzenia nie tego człowieka? I znowu coś jest nie tak, i znowu trzeba się zebrać, podnieść i iść dalej.

Po długim okresie bezrobocia czuł się w Pracy trochę tak, jak stary kawaler w małżeństwie. Przecież po odnalezieniu Pracy miało być już dobrze, miało być szczęśliwie i gdzie to jest? W czym problem – zagadywał siebie samego, bez końca się umęczając. W końcu z wszystkich wersji odpowiedzi wybrał tę: że brakuje mu do szczęścia tej jedynej, czyli Halinki. Oczywiście inna nie mieściła się w jego wyobraźni. Więc musi dążyć do takich zmian w swoim życiu, które jej przypadną do gustu. Musi mieć inną Pracę, to jej nadąsanie pewnie przez to, że tej jego Pracy nie polubiła. Zaniedbywał się więc tak konsekwentnie w swoich obowiązkach pracownika, że w końcu doczekał się dnia, w którym już nikt go nie krył i kierownik, nawet jakby nie chciał, musiał mu podziękować. Pan B. nie zmartwił się bardzo, a nawet ucieszył. Strata Pracy, której w swojej świadomości jednak nie posiadł, nie była jakąś znaczącą zmianą w stosunku do dotychczasowego życia.

Już miał zresztą następny pomysł i zaraz nazajutrz go zrealizował. Posada w kiosku Ruchu. Innym, normalnym, pracującym, zaczepionym w pewnym zdefiniowanym punkcie jakiegoś konkretnego układu odniesienia może się to wydawać trochę śmieszne, chore, niepoważne, a nawet głupie. (Tak też wydawało się Halince, kiedy po jakimś czasie dowiedziała się kupując gazetę. Właśnie w tym kiosku). Ale pan B. nie wybrał jakiegoś przypadkowego, to był właśnie ten najlepszy, nieopodal komendy. Pan B. nie oceniał Pracy w takich kategoriach, w jakich inni ją oceniają. Dla niego ta Praca była lepsza, bo była nowa, ergo: może to jest w końcu to, co da mu poczucie zadomowienia oraz dlatego, że wiązała się z nią nadzieja – na bliskość Haliny, na lepszą przyszłość, na uporządkowane życie, na stabilizację, na spełnienie, na szczęście osobiste. Oczywiście nie myślał o przyszłości finansowej, bo już nie o finanse mu szło. Finansów miał dość. A to, o co jemu szło, a o co szło Halinie, było w tak dużej rozbieżności, że, można by rzec, były to dwie proste nawet nie równoległe, lecz rozchodzące się, jedna w plus nieskończoność, a druga w minus nieskończoność. Dowiedział się o tym właśnie owego dnia, kiedy ona, przypadkiem, przypadkiem, któremu on przecież trochę pomógł, przyszła kupić jedno ze swoich ulubionych kolorowych czasopism. Był niezmiernie zadowolony z tego, że się pojawiła, że zobaczyła w końcu, jaką teraz ma Pracę, był tak dumny z siebie, iż pomimo wcześniejszych z sobą samym poczynionych ustaleń zaproponował jej kolację „w lokalu jaki sobie tylko wymarzy”.

– Na taki lokal z pensją kioskarza cię nie stać, mój kochasiu – odpowiedziała spokojnie, chłodno, ach – zmrażająco.

– O co chodzi, Halinko, czemu ty jesteś taka?

– Jestem sobą, mój B. Syczącym szeptem zaś dodała: Jak mogę umówić się z kimś, kto zarabia najwyżej sześćset złotych miesięcznie? Jak mogę umawiać się z kimś, kto jest wyrobnikiem u jakiegoś ajenta? Wszyscy koledzy na komendzie będą się ze mnie śmiać! – wymyślała naprędce, jakie by tu wady przypisać jego obecnemu położeniu byleby był pretekst odsunięcia spotkania, na którym – jak się obawiała – on znowu pewnie będzie poruszał kwestie ostatecznych rozstrzygnięć w sprawie ich związku.

– Rozumiem. Cztery pięćdziesiąt – spuścił oczy i mechanicznie dokończył obsługiwać.

Przestał roznosić ulotki rankami i wieczorami. Zobaczył, jaka to złudna niezależność. Zobaczył, że to na nic. Bezsensowne uganianie się po mieście. I pieniądze w sumie – po co mu one. A poza tym szef z kiosku Ruchu zarządził mu najpierw dwunasto-, a wobec braku protestów z jego strony – czternastogodzinny dzień Pracy, przy – oczywiście – zachowaniu tej samej kilkusetzłotowej płacy. Było mu to zupełnie obojętne. Dla właściciela kiosku Ruchu to idealny pracownik. Cichy, spolegliwy, mechanicznie, dokładnie wykonujący swoje czynności, nieżądający podwyżki, gotowy siedzieć do późnych godzin wieczornych od wczesnych godzin porannych. Jemu to pasowało, ponieważ chwilowo zupełnie nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Przeżuwał słowa Haliny codziennie od rana do wieczora, a obowiązki sprzedawcy w kiosku Ruchu wcale mu w tym nie przeszkadzały i to mu jak najbardziej odpowiadało. I w końcu odgadł ich tajemny sens, podpowiedź dotyczącą jego dalszych losów: powinien założyć własną firmę. To się jej na pewno spodoba. Nie będzie się wstydziła kogoś, kto sam sobie panem, a i on może w końcu osiągnie zaspokojenie dotkliwego braku własnego i jedynego miejsca w życiu. Stworzy coś, co będzie od początku do końca jego.

Własna firma, łatwo powiedzieć. Jakiś handel? Usługi? Edukacja? Szkolenia? O, może te szkolenia, to ostatnio bardzo modne. A może wszystko do kupy, żeby w razie czego, jak nie wyjdzie jedno, mógł zająć się drugim. Trzeba dobrze zakombinować, bo bez dobrego zakombinowania człowiek nie przetrwa.

Zdecydował, że w związku z zakładaną firmą wróci do swojego pierwotnie wykonywanego i jedynego prawdziwego zawodu – prowadzenia zajęć teatralnych z dziećmi i młodzieżą. A jakby tu coś nie poszło, to ma w zanadrzu propozycję koleżanki z liceum, która pracuje w firmie konsultingowej. Spotkali się kiedyś przypadkiem w autobusie i w pięć minut wspólnej drogi otrzymał propozycję pracy oraz anglojęzyczną wizytówkę (od polskiej firmy i polskiego jej pracownika), ale akurat wtedy nie narzekał już na brak zajęć, więc nie skorzystał. Koleżanka zajmowała się organizowaniem tak zwanych szkoleń dla bogatych biznesmenów. W rzeczywistości sprowadzało się to do organizowania im wyjazdów wypoczynkowych, podczas których musieli mieć zapewnioną dostateczną ilość rozrywki. On, jako instruktor teatralny, zrobiłby im jakieś fajne relaksujące warsztaty, a wieczorem poprowadził spotkanie przy ognisku – zabawy integracyjne, śpiewy, konkursy, ruch. W jeden dzień można zarobić kilkaset złotych. Ciekawe wyzwanie – pomyślał mocno zdystansowany pan B. o całej tej sprawie, bo lubił rzeczy, których jeszcze nie próbował i lubił próbować po swojemu. A także dlatego, że wiedział, że na razie próbować nie musi.

Rozpoczął zatem krzątaninę wokół swojej własnej firmy. Dużo papierów i dużo kosztów. Musiał podjąć trudną decyzję: jasno sobie uzmysławiał, że jak coś nie wyjdzie – zostanie znowu kompletnie goły. Na łasce opieki społecznej. Lepiej pasowałoby: opatrzności społecznej. Ale można powiedzieć, że dla człowieka bez Pracy nie ma zajęć ryzykownych. Bo czym on ryzykuje? Swoim przegrywanym życiem? Dobrze, że miał trochę oszczędności z ostatnich miesięcy, bo by go zwyczajnie nie było stać na to, żeby sobie zaryzykować. Żeby siebie samego zatrudnić. Nie licząc na nic od państwa, ani od innych równie mocno kosztami i papierami obciążonych współobywateli. Nie dość, że trzeba sobie samemu poradzić ze sobą – po okresie długotrwałego bezrobocia i niewiary w siebie – to jeszcze trzeba być stosunkowo bogatym, żeby mieć na haracz dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jest to haracz, ponieważ wpłacana co miesiąc ponad pięćsetzłotowa kwota nie zapewnia wpłacającemu podstawowych praw socjalnych i urlopowych, a także nikłe emerytalne. Także dlatego, że wpłacający nie ma wyboru. Musi płacić. Nawet jakby wolał odkładać te same pieniądze w celu zapewnienia sobie utrzymania na czas urlopu, choroby czy emerytury. Państwo niestety nie pomaga. Traktowanie przez państwo przedsiębiorczych właścicieli firm przypomina czasy komunistycznego ostracyzmu stosowanego wobec kułaków. Ludzie, którzy sami sobie są w stanie zapewnić utrzymanie, teraz i na przyszłość, są sami sobie winni. Taki przekaz płynie z obecnych przepisów. Tylu ludzi, tyle pomysłów – ile tego się marnuje w Polsce z powodu braku prawa wspierającego wolną, indywidualną, twórczą przedsiębiorczość – konstatował pan B. jako bywalec urzędów, obserwując podobnych sobie szalonych, bo ryzykujących całym majątkiem, początkujących przedsiębiorców. To miała być ostatnia próba człowieka bez Pracy.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl