bezrobocie to tylko jeden z etapów w Twoim życiu

kto w życiu nie stracił pracy nigdy nie zrozumie bezrobotnego

utrata pracy to nie koniec świata, znajdziesz lepszą

na skróty

wstępniak
mapa strony
człowiek bez pracy
CZYTELNIA
interview
kodeks pracy
OFERTY PRACY !!!
ranking portali pracy
STOPA BEZROBOCIA
PORADY
księga gości
e-gospodarka
kalkulator płac
ile dostaniesz?
Twoja EMERYTURA

urzędy pracy
Praca z Jobrapido
jooble.com.pl

FORUM

Doradca zawodowy

dotacje
na otwarcie firmy


serwis monitoruje
google analytics logo and link
Twoje IP 54.196.5.241
online:2

Reklamy
Zostań Partnerem
Careerjet

Konkurs na najlepszą strone internetową - COOL SITE


Człowiek bez pracy - Część XVI

Po miesiącu miał już własną firmę. Posadę w kiosku rzucił. Jedno z drugim nie licowało, a przede wszystkim, żeby pierwsze mogło ruszyć pełną parą, to z drugiego trzeba było zrezygnować. On chciwy nie był. Chciał po prostu godnie żyć.

Na inaugurujący działalność firmy domowy bankiecik zaprosił tylko ją. Zrobił pierwsze na fakturę zakupy – pokrywał je tak zwany fundusz reprezentacyjny. Kupił szampana i jakieś drogie wino, sałatki, tort i pizzę. Same rarytasy, których nie spożywał od niepamiętnych czasów. Ale taka okazja! Teraz dopiero się zacznie – prawdziwe życie! Koniec z niewolnictwem, które, jak właśnie zauważył, do tej pory było jego udziałem. Od dziś zaczyna życie wolnego człowieka! Może robić, co chce. Może funkcjonować poza istniejącymi instytucjami. Może być swoim szefem. Można powiedzieć, że jest dyrektorem, bo niby czemu nie?

Nie miał jakichś konkretnych planów dotyczących działalności dopiero co założonej firmy. Założył ją dość spontanicznie i bezmyślnie. To, co go spotykało w ciągu ostatnich miesięcy, systematycznie pogrążało w życiu coraz bardziej oderwanym od rzeczywistości. Coraz więcej mu się wydawało, coraz bardziej nurzał się w pobożnych życzeniach i zapomnieniu, że to tylko pobożne życzenia, a coraz mniej zbierał danych i coraz mniej robił analiz. Poważne zaburzenia tak zwanego metabolizmu informacyjnego. To chyba zawsze zaczyna się dziać, kiedy człowiekowi jest źle, kiedy mimo wysiłków nie poprawia się, kiedy człowiek wyraźnie widzi, jaki znikomy wpływ ma na rzeczywistość swojego życia, kiedy coraz wyraźniej widzi zamiast jakiejkolwiek rzeczywistości swoje opadające ręce. Te opadające ręce przesłaniają mu świat. Te opadające ręce mieszają w głowie. Te opadające ręce to jedyna deska ratunku.

Tymi rękami właśnie założył firmę. To było ważne wydarzenie. Chciał je celebrować. Ona miała przyjść o dwudziestej. Specjalnie na tę okazję kupił sobie smoking, chciał prezentować się naprawdę wyjątkowo. Przecież to miał być koniec tego nie wiadomo czego, tej bylejakości, tego życia bez celu i bez niej. To miał być początek prawdziwego. Lepszego, ach, najlepszego. W obecnej sytuacji nie mogła mu odmówić. Musiała się zgodzić. Musiała zostać z nim, przy nim, dla niego. Och, był taki szczęśliwy na samą myśl...

Siedział gotowy już od osiemnastej. Stół prezentował się suto i wyśmienicie. Oprócz picia i jedzenia, rozłożył na nim papiery dotyczące firmy, na ozdobnej serwecie położył pieczątkę ze swoim imieniem i nazwiskiem – imieniem i nazwiskiem właściciela. Ona miała przyjść i jednym łagodnym spojrzeniem swoich cudnych ocząt uwiarygodnić to, co już zostało sformalizowane. To, co było ciągle jeszcze tylko słowem, dzięki jej obecności miało stać się ciałem. Wiązał z nią takie nadzieje. Bliskie szaleństwa. Aż trudno to pojąć, ale tak naprawdę nie miał żadnych planów oprócz spotkania z nią. Na przykład na jutro: nie wiedział, co zrobi, gdy obudzi się jutro, w dzień powszedni, gdy skończy się świętowanie założenia firmy, a zacznie dzień roboczy i coś trzeba będzie zrobić, trzeba będzie zacząć pracować. Nie miał żadnego planu, w ogóle o tym nie pomyślał, nie wiedział, że nie wie. To ona miał przyjść i to jej przyjście miało wszystko załatwić. Jakimś cudem. Samo jej przyjście miało być tym cudownym zdarzeniem, które wywoła inne cudowne zdarzenia i od tej pory życie właśnie tak będzie się toczyło – będzie się składało z nieustającej cudowności. Jemu się wydawało, że już zrobił wszystko, co powinien, że wyczerpała się jego moc, że dokonał tego, co najważniejsze. Reszta jest igraszką i jakoś się potoczy. Niech tylko ona stanie przy nim, to on znajdzie potrzebne siły, by pokonywać oporną rzeczywistość świata bez Pracy.

Taki był stan jego ducha. W tym stanie siedział od osiemnastej i układał w głowie słowa, jakimi ją przywita. Tak, żeby brzmiało to powitanie odpowiednio dwornie, aby godne było królowej. Siedział tak dalej i o dwudziestej, jej jeszcze nie było. Siedział i o dwudziestej pierwszej, i o dwudziestej drugiej. Aż sałatki zaczęły wyglądać nieświeżo, bo majonez od ciepła i suchego powietrza zmienił barwę na ciemniejszą. A papiery były już historycznymi dokumentami nie tylko z nazwy, ale i z powodu faktycznego swego stanu – wymięte, poplamione, jakby w te kilka godzin przeżyły kilka lat.

O dwudziestej drugiej pomyślał, że umili sobie czas oczekiwania winem. Cóż, spóźnia się, nie powinna się obrazić, że otworzył je bez niej. Wypił wino chciwie, z gwinta, nie myśląc, co przystoi, a co nie przystoi facetowi w smokingu, natomiast skupiając się tylko na tym, by nie pomyśleć, tylko nie pomyśleć o tym, że ona mogłaby nie przyjść. O dwudziestej trzeciej otworzył szampana. Przy szampanie pomyślał, że wystawi jej fakturę za to spóźnienie. To już doprawdy przesada. Czyż ona nie wie, jak cenny jest jego czas – czas właściciela firmy? Kiedy wypił szampana, nie jedząc przy tym w ogóle, pomyślał, w końcu, już nie mógł się dłużej bronić przed tą myślą, że ona chyba... może... nie przyjdzie. Wystawi jej w takim razie fakturę za nieprzyjście! Oj, drogo to będzie ją kosztować. Wszystko, co wydał na cele reprezentacyjne plus czas, który spędzał tylko i wyłącznie na oczekiwaniu na nią plus straty moralne. Oj, a te były przeogromne.

Wypisał i wyszedł. Był wściekły. Chciał załatwić to od razu. Od razu plunąć jej w twarz. Już w drodze, ale jeszcze niedaleko od domu postanowił przemyśleć ponownie swój pomysł przy czymś głębszym. Alkohol tak cudownie układał świat, taki wspaniały, odprężający porządek robił się w głowie. Wszystkie zdarzenia miały swoje miejsce, wszystkie tajemnice swoje szufladki. To czarne, to białe, to teraz, tamto później, wszystko po kolei w swoim czasie, a w ogóle to nic nie jest warte aż takich emocji, bo wszystko przemija, tylko ta błogość trwa, niech trwa na wieki. Błogość dystansu i otępienia. Ludzie podskakują przy swoich kieliszkach jak pajacyki, krzyczą, śmieją się, gdyby tylko wiedzieli, że to wszystko nie warte nawet jednego małego ruchu najmniejszym palcem poczynionego. Mimo to, postanowił ostatecznie, że jednak ją znajdzie i jej wygarnie, zanim zupełnie pogrąży się w stanie kontemplacji, niepozwalającym na wykonanie jakiegokolwiek gestu.

W drodze zaczęło docierać do niego, że nie wie, co dalej. Zaczął docierać do niego strach. Świadomość tego strachu była poniżająca i nie mógł tego znieść – że sam siebie poniża. To, że poniżali go inni, jakoś jeszcze można było strawić – nie wiedzą, co robią albo to, co robią w ogóle go nie dotyka, nie może dotknąć, bo oni nie trafiają, bo on się skrzętnie w sobie głęboko ukrywa. Ale że on sam z siebie, za swoją przyczyną się boi, jest zupełnie bezbronny – to doprowadzało go do szaleństwa. Kupił jeszcze wódkę, bo sytuacja stawała się niebezpieczna, trzeba było szybko te straszne myśli, myśli wszędobylskie i obrzydliwe, jak białe larwy much na śmietniku – zalać. Musiał się jakoś bronić. Czuł, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, to głowa mu pęknie, zwariuje. Że leci w jakąś otchłań i trzeba szybko się czegoś chwycić. Tak się złożyło, że przecież był w drodze do niej – więc chwyci się jej. Wygarnie jej – to ona jest temu wszystkiemu winna. Ona miała się nim zaopiekować, pomóc mu, a go olewa. To ona miała stać się jego Pracą – ba, ona jest jego jedyną, wartą tego miana, Pracą, lecz ciągle wyrzuca go na bruk. Ileż można! Niejeden straciłby już cierpliwość.

Było grubo po północy, gdy dobrnął wreszcie do jej mieszkania. Rozsierdzony, rozgoryczony do ostateczności. Dzięki alkoholowi przestał czuć cokolwiek obiektywnie, przestał na przykład czuć upływ czasu i w ogóle orientować się w czasie. (W przestrzeni również orientował się wyłącznie subiektywnie – znajdował się właśnie w świecie, którego centrum, słońcem, było jej mieszkanie, do którego właśnie zmierzał nie bacząc, że może spłonąć). Zapukał do drzwi, jak mu się wydawało, w rzeczywistości zaś nie kontrolował już nakładu siły używanej do wykonania poszczególnych gestów i jego pukanie było waleniem. I cisza. On znowu. Halina – wycharczał – nie przychodzisz to ja przychodzę... swoją robotę wykonuję. Otwórz, proszę, musimy oblać mój sukces!

I cisza. Otwieraj do cholery! Co ty sobie w ogóle myślisz? Przecież mieliśmy się pobrać!? – drzwi otworzyły się raptownie i zobaczył ją. W kusej nocnej koszuli, z rękami wyciągniętymi prosto do niego, jakby chciała go objąć, przytulić, ale w tych rękach coś ściskała... pistolet? Pistolet! Wycelowany prosto w jego głowę. A może serce? Głowa, serce, głowa, serce, chyba się wahała, nie mogła się zdecydować, co trzeba uciszyć, głupia, zawsze była głupia, że też on tego nie dostrzegał. Strzelaj, idiotko! – ale zaraz pożałował, zanim wybrzmiały te słowa. – Halinko wybacz, musimy pogadać! Nie przyszłaś, nie szkodzi, ja ci wszystko opowiem, był wspaniały bankiet, mnóstwo przyjaciół i znajomych ze świata biznesu i polityki, wszyscy mi gratulowali i pytali o ciebie, gdzie twoja najdroższa Halina, gdzie ta wspaniała dziewczyna?

– B. jak baran. Czy ty niczego nie rozumiesz?

– Czego nie rozumiem Halinko? Przepraszam, przychodzę za późno, wybacz, zagapiłem się, to przez to wspaniałe przyjęcie, wiesz, trochę wypiłem i godziny mi się pomieszały...

– Nie rozumiesz?

– ...?

– Ja nie zostanę twoją żoną. Nie będziesz miał ze mną dzieci. Ja nie mogę mieć dzieci. Jestem sterylna, rozumiesz. I nie mów, nie przypominaj mi więcej o tym. Ja nie chcę znać świata, w którym ludzie wiążą się ze sobą w celu założenia rodziny. Ja nie jestem z tego świata. Spieprzaj.

I zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

Pan B. już nic nie robił. Pozwolił swojemu ciału opaść na ziemię, pozwolił mu wyć i płakać. Kiedy już się ciało zmęczyło – zasnęło.

wstecz menu dalej

źródło: www.obywatel.org.pl autor: Katarzyna Czekierda

Ostatnio na forum:

Wszelkie prawa zastrzeżone, kontakt: kontakt@mojebezrobocie.pl, Webmaster www.pklopotowski.pl